Tyle zyskasz dołączając do organizacji studenckiej! – Historia Michała.

Chodzimy na studia. Dzień za dniem mija, a studenckie życie wielu ludzi wygląda tak samo. Wszyscy skończymy z tym samym papierkiem. Co więc może wyróżnić konkretną osobę na rynku pracy? Doświadczenie, na którego zdobywanie być może nie miałeś czasu lub też możliwości? A pomyślałeś kiedyś o organizacjach studenckich? Otóż tak się składa, że organizacje studenckie są… hmm.. dla studentów! Czyli najprawdopodobniej dla Ciebie! Tam pokażesz się z dobrej strony i zyskasz coś więcej niż tylko doświadczenie do CV. Odrzuć więc złe przekonania i strach na bok. Kompletnie o nich zapomnij, mój studenciaku! Mam dla Ciebie historię Michała, który dzięki Samorządowi otrzymał pracę. Na tym jednak nie kończy się ta opowieść. Życzę Ci miłej lektury!

 

 

Co można zyskać dzięki udzielaniu się w Samorządzie Studenckim. – Historia Michała.

 

 

Moja przygoda z działalnością studencką zaczęła się nietypowo, bo od rzucenia studiów. Ale po kolei. Po maturze poszedłem na studia zaoczne. To miał być mój sposób na jednoczesne usamodzielnienie się i zdobycie doświadczenia zawodowego, które już wtedy uważałem za ważniejsze od tytułu magistra. Niestety ze względu na małe zainteresowanie kierunkiem analityka gospodarcza, na który się zapisałem, ostatecznie wylądowałem na finansach i rachunkowości. Pracę znalazłem szybko, w call center. Nie było to zbyt dochodowe zajęcie, ale zdobywałem doświadczenie, a tego przecież chciałem. Pracowałem czasem po 10-12h, żeby wyrobić swój grafik i mieć jakiś wolny dzień na powrót do domu rodzinnego, bo przez 7 weekendów z rzędu siedziałem na uczelni od 8:00 do 18:00. Szybko się tym zmęczyłem. Frustrowały mnie niskie zarobki i brak czasu na życie towarzyskie. Na uczelni też średnio mi się podobało. Poddałem się, zrezygnowałem ze studiów.

 

 

Dlaczego chciałem zostać działaczem?

 

 

Przez jakiś czas tkwiłem w zawieszeniu, nie do końca wiedząc co chcę robić dalej. Czułem, że muszę w jakiś sposób nadrobić ten stracony rok. Zdecydowałem się na studia dzienne, kierunek zmieniłem na zarządzanie. Inny wydział, uczelnia dalej ta sama. Szybko zostałem wybrany starostą – dla 90% osób na roku były to pierwsze studia w ogóle, a chyba dla wszystkich poza mną pierwsze studia na tej uczelni, więc nie musiałem się nawet zbytnio starać. Jednak niewiele znaczyło to w kontekście nadrabiania straconego roku. Chciałem robić coś więcej. Uświadomiłem sobie, że najlepszym sposobem będzie działalność w organizacji studenckiej. Miejscu gdzie mogę zdobyć doświadczenie w czymś więcej niż wykonywanie telefonów czy parzenie kawy. Wcześniej nie przyszło mi to do głowy, bo organizacje studenckie uważałem za instytucje, które niewiele robią i są trochę jak dojrzalsze wersje licealnego samorządu uczniowskiego. Czyli myślałem tak, jak większość studentów. Dobrze, że mnie z tego błędu wyprowadzono.

 

 

Rekrutacje do organizacji ruszyły w październiku. Nie miałem wtedy jeszcze zbyt dobrego rozeznania, nie wiedziałem do której chciałbym należeć. Wybrałem tę, której wizerunek wydawał mi się najbardziej profesjonalny. Formularz aplikacyjny trochę mnie jednak zmartwił – nie miałem wielu umiejętności, poza znajomością technik sprzedażowych z call center, nie miałem doświadczenia w innej działalności, ani też jakiejś większej wiedzy. Ostatecznie nie zostałem przyjęty. Miałem spróbować w następnym semestrze.

 

 

co zyskasz dołączając do organizacji studenckiej

 

 

Pierwsza styczność z Samorządem.

 

 

W międzyczasie dowiedziałem się o organizowanym przez Samorząd Studencki szkoleniu dla starostów z pierwszego roku. Zaczynając ten rok obiecałem sobie, że będę uczestniczył we wszystkich szkoleniach, konferencjach czy innych wydarzeniach, w jakich tylko dam radę uczestniczyć. Do tego miał to być wyjazd integracyjno-szkoleniowy na cały weekend, więc zapisałem się od razu. Mimo sobotniego kaca, członkom Samorządu, którzy prowadzili te szkolenia udało się mnie zainteresować. Było naprawdę sporo przydatnej wiedzy. Po wyjeździe wiedziałem już, w której organizacji chciałbym działać – w Samorządzie. Dwa miesiące później odbyła się rekrutacja Komisji SS, czyli tych organów samorządu, które zajmują się jego bieżącą działalnością. Ja trafiłem do komisji Kontaktów Zewnętrznych.

 

 

Życie w KZ-ecie.

 

 

Nazwa może być trochę myląca. De facto KZ jest niczym innym jak zespołem handlowców Samorządu. Nie pamiętam jakie były tego przyczyny, ale poprzedni skład się zwyczajnie rozpadł. Byliśmy grupą kilku osób nigdy wcześniej nie działających w Samorządzie, która pod opieką nowego członka Zarządu miała odbudować tę komisję. Musieliśmy zaczynać od podstaw. Nie mieliśmy oferty, nie mieliśmy bazy firm, nie mieliśmy know-how. Nie wiedzieliśmy nawet za bardzo co jest naszym produktem, który mamy sprzedawać i jak firmy mają nam płacić. Nie mieliśmy też żadnego powodu by się tym stresować. Wprost idealne warunki do tego, by się czegoś nauczyć.

 

 

Ale zanim zaczęliśmy działać na poważnie – pojechaliśmy na wyjazd integracyjno-szkoleniowy. Nigdy się nie spodziewałem, że tak ogromny potencjał wiedzy i doświadczenia drzemie w działaczach. Organizowaliśmy również podobne wyjazdy z działaczami innych organizacji, właściwie ciągle się doskonaliliśmy. Szkoda, że takie wyjazdy nie odbywały się co tydzień. Po roku pewnie bym został magistrem zarządzania. Naładowany pozytywną energią Samorządu jeszcze bardziej pragnąłem działać. Na pierwszym zebraniu komisji KZ nasz szef Filip rozdzielił pomiędzy nas zadania, którymi mieliśmy się zajmować przez najbliższy czas. Ja wybrałem dla siebie organizację szkoleń dla członków Samorządu. Ale żeby je zorganizować musiałem najpierw pozyskać firmy, które zgodziłyby się takie szkolenia przeprowadzić.

 

 

Pierwsza poważna praca.

 

 

Kilka dni później jechałem z Filipem autobusem na drugi koniec Wrocławia spotkać się z pracownikami jednej z firm, która mogła zostać naszym partnerem. My w krawatach i marynarkach, oni w koszulach w kratę i jeansach. To było pierwsze spotkanie biznesowe w jakim uczestniczyłem w życiu. Jasne, że się stresowałem. Marcin i Piotrek, którzy siedzieli po drugiej stronie stołu, zadbali jednak o to byśmy poczuli się pewniej. Po 40 minutach bardzo miłej, ale rzeczowej rozmowy wyszliśmy mając partnera strategicznego dla Samorządu. A ja stałem przed zadaniem zorganizowaniem 10.ciu szkoleń dla naszych działaczy, które Piotrek z Marcinem mieli przeprowadzić.

 

 

Ponieważ każda rezerwacja sali na uczelni dla firmy zewnętrznej wymagała zgody prorektora ds. dydaktyki, to do końca semestru co tydzień pojawiałem się w jego gabinecie z odpowiednim pismem. 16 tys. studentów, a ja byłem jednym z nielicznych, których imię i nazwisko znał prorektor. To jednak nie łechtało już tak bardzo mojego i tak wielkiego ego jak propozycja pracy jako handlowiec w firmie Marcina i Piotrka. Zapamiętałem tę datę dokładnie – 7 dni po moich 21 urodzinach po raz pierwszy praca szukała mnie, a nie ja pracy. A ja dopiero co skończyłem pierwszy rok studiów! Do dziś takich propozycji ze względu na moją działalność w Samorządzie dostałem kilka. Oprócz organizacji tych 10 szkoleń starałem się również pozyskać kolejnych partnerów. Ciągle tworzyliśmy naszą bazę kontaktów, więc na własną rękę szukałem firm z różnych branż, które mogły nauczyć nas czegoś nowego. Często zamiast robić notatki na wykładach wysłałem maile, czasem opuszczałem zajęcia by pojawić się na spotkaniach. Raz nawet wybrałem się na targi pracy z kumplem – on rozmawiał z firmami, w których chciałby pracować, ja szukałem potencjalnych partnerów. Zajarałem się tym bardzo. Nie zawsze mi wychodziło, ale nigdy nie czułem, że ponoszę porażkę. Nawet jeśli ktoś mi odmawiał, to dawał też feedback, przez co cały czas uczyłem się na własnych błędach. Wątpię czy pracując jako handlowiec w jakiejkolwiek firmie miałbym na to okazję.

 

 

co zyskasz dołączając do organizacji studenckiej

 

 

Ogromne doświadczenie.

 

 

Jestem pewien, że żadna firma, w której popełniłbym tyle błędów nie dałaby mi na zakończenie kadencji grawerowanej statuetki „z podziękowaniem za wyróżniającą postawę i zaangażowanie w pracę”. Nie tylko komisje, ale również projekty Działalność w komisji KZ to jednak nie wszystko co robiłem dla Samorządu. Oprócz takiej bieżącej pracy tworzyliśmy mnóstwo projektów, na czele z najważniejszym i największym – juwenaliami, na naszym wrocławskim UE nazywanymi Ekonomaliami. Projekty rządziły się swoimi prawami. Bycie koordynatorem projektu to nie tylko wyróżnienie, ale również ważne doświadczenie. Przy największych projektach zarządza się nawet kilkunastotysięcznym budżetem i dwudziestoosobowym zespołem przez kilka miesięcy organizując wydarzenie dla tysięcy osób. Najbardziej spektakularne pod tym względem na naszej uczelni były Ekonomalia oraz Auto Stop Race (organizowany przez Klub Podróżników BIT, osobną organizację, ale zależną od SS). Uczestniczyłem w kilku takich projektach. Nie będę już zanudzał szczegółami organizacji wydarzeń, dzwonienia po sponsorach, oprowadzania nowych studentów po kampusie czy jeżdżenia po liceach i zachęcania maturzystów do naszej uczelni. I tak uczestniczyłem w mniejszej liczbie projektów niż moi koledzy z Samorządu. A to przez to, że zrezygnowałem na początku 2015 roku. Nie z działalności, ale ze studiów. Po raz drugi.

 

 

Własna firma dzięki Samorządowi?

 

 

Naturalnie nie będąc studentem nie mogłem działać, a studentem nie chciałem już być. Działalność pokazała mi, że mogę szybciej się uczyć nie siedząc na zajęciach. Ale najważniejsze było chyba to, że działalność uświadomiła mi co lubię robić i co mnie naprawdę ekscytuje. Po odejściu ze studiów założyłem swoją pierwszą firmę – księgarnię internetową, która stała się dla mnie wielkim poligonem doświadczalnym. Teraz pracuje nad swoimi kolejnymi pomysłami, księgarnia poszła w odstawkę. To właśnie tworzenie i rozwijanie nowych przedsięwzięć uwielbiam najbardziej. Nie potrafię być chłodnym menadżerem, którym chciałem wcześniej zostać. Wolę rzucić się w wir działania i wyciągać wnioski z własnych błędów, niż skrupulatnie wszystko analizować i planować każdy krok. Zawsze czułem w sobie ducha przedsiębiorcy, ale dopiero Samorząd pozwolił mi go uwolnić. Zacząłem działać i szukać swojej szansy, zamiast czekać na idealne okoliczności. Patrząc na to ile obecnie w mojej głowie siedzi pomysłów podejrzewam, że skończę kiedyś jak Richard Branson posiadając kilkaset różnych firm. Większość działaczy podąża jednak inną ścieżką. Dostają pracę w korporacjach, startupach i agencjach eventowych. Ostatnio mój znajomy działacz wyprowadził się do Chin. Od czasu, gdy był koordynatorem największego projektu na naszej uczelni minęły zaledwie 3 lata. Rok temu wreszcie obronił licencjat. Dziś pracuje dla potentata rynku smartfonów. Czuję, że wielu z nas dokona w życiu wspaniałych rzeczy.

 

 

co zyskasz dołączając do organizacji studenckiej

 

 

Wpadnij do Michała!

 

Michał Janota autor bloga Wyższy Bieg.

Wyższy Bieg to blog pisany z myślą o młodych osobach, rozpoczynających karierę i szukających inspiracji do działania. Główne tematy poruszane przeze mnie to efektywność i biznes.

 

 

Jestem bardzo wdzięczna Michałowi, że zdecydował się do mnie napisać i opowiedzieć swoją historię, która pokazuje, że to nie same studia, a odpowiednie ich wykorzystanie są drogą do sukcesu. Może Michał zachęcił kogoś do spróbowania swoich sił w Samorządzie bądź innej organizacji studenckiej? Dla osób zainteresowanych tematem zostawiam link do mojego wywiadu z Przewodniczącym Samorządu Studenckiego, który kiedyś przeprowadziłam. Tam znajdziecie jeszcze kilka odpowiedzi na najbardziej nurtujące studentów pytania.

 

 

Po co nam Samorząd Studencki? Rozmowa z przewodniczącym WRSS

 

 

Do następnego czytania!

Ania

  • Adri Jaworska

    Sama w samorządzie nie działam, ale wszystkie osoby, które znam stąd są bardzo fajne^^ Też polecam koła naukowe na uczelni oraz zgłoszenie na starostę lub vice-starostę! Można otrzymać na prawdę duże doświadczenie i zapoznać się z nowyymi ludźmi!) Czy był ktoś wybranyna starostę, bo nikt inny nie chciał?:) Mi się wydaję, że często tak się zdarza;)

    • Często się tak zdarza, ale potem widać, że starości mają dobry kontakt z wykładowcami, co też jest dla nich na plus. :)

  • no fajna sprawa. Ja miałam epizod z Kołem Studenckim. A teraz na podyplomówce nie ma kół studenckich więc jestem administratorką grupy na fejsie. Jest parcie na szkło :D

  • Działałam w Radiu Studenckim i uważam to za najlepszą rzecz na studiach. Po pierwsze dużo się nauczyłam, pomaga mi w obecnej pracy na uczelni i przy okazji otwiera też wiele drzwi :)

  • jaksks hahjwe

    świetny wpis :)

  • Z samorządem akurat nie miałam nic wspólnego, ale potwierdzam, że działalność w organizacjach daje bardzo, baardzo dużo.
    U mnie to było 1,5 roku w AIESEC i później rok w Cognitis – mniejszej organizacji, której trzonem jest konsulting. Wadą zaangażowania w takie akcje jest wyraźny spadek wyników na studiach (jeśli ktoś się na maksa wkręci), ale to nie jest wysoka cena w porównaniu do tego, co można zyskać :D

    • No właśnie, a co zyskałaś? Czym się tam zajmowałaś? :)

      • Z najfaniejszych aspektów to byłam koordynatorem dwóch zespołów, 8- i 5-osobowego. Uczyłam się jak zgrywać w jednej grupie ludzi z zupełnie innymi charakterami i predyspozycjami, jak ich motywować do osiągania wspólnego celu, jak pomóc się rozwijać :) Razem robiliśmy kilkumiesięczne projekty edukacyjne dla szkół, uczyliśmy się podstaw marketingu i sprzedaży. Ponieważ organizacja była międzynarodowa, to łączyło się z tym poprawianie angielskiego i praca z ludźmi z całego świata, co oczywiście genialnie otwiera horyzonty :D

        • Oj to musiało być świetne przeżycie! Kurczę, to jesteś widzę naprawdę aktywną osobą! :) Na pewno Ci się to zwróci, a może już jakoś się zwróciło? :)

  • Potwierdzam – aktywność w organizacjach studenckich sprawia, że praca sama zaczyna nas szukać.

    (dyskretnie polecam AEGEE) :D

  • Sylwia

    Tomek Pytko jest bardzo jurisprudence osobą. Stworzył AllinUJ – organizację studencką :) Polecam obejrzeć jego filmik na youtube, motywuje!

  • eV

    Bardzo ciekawa droga życia – pełna poszukiwań i nietypowych wyjść z sytuacji.
    Kiedy ja szłam na studia, pierwsze co usłyszałam to „pod żadnym warunkiem nie zostań starostą”. Wzięłam sobie to do serca, zwłaszcza że nie znałam ani miasta (600 km od rodzinnego gniazda) ani uczelni. Przez długi czas słyszałam złe słowa o samorządach studenckich, a potem zrozumiałam, że to całkiem fajni i otwarci ludzie. Zwłaszcza, kiedy przychodzi się do nich z wnioskiem o dofinansowaniem wyjazdu na konferencję. Być może mój wybór udzielania się bardziej w kołach i na konfach daje mniejsze efekty niż wstąpienie do samorządu studentów, ale jest to o wiele bezpieczniejsze i zabiera znacznie mniej czasu :). Bardzo fajna opowieść.

    • :D No i to jest jak najbardziej dobry pomysł! Już kiedyś pisałaś, że udzielasz się w kołach i na konfach. Ile tak poświęcasz na to czasu tygodniowo? Chciałabym, żeby ta informacja została też dla innych czytelników. I jak wygląda Twoje udzielanie się? :)

      • eV

        Koła – w sumie działam w trzech, ale wszystkie z nich to młode koła. Jedno – spotykamy się regularnie, tworzymy razem grę (na razie koncepcję), drugie – uczestniczymy grupowo w konkursach, trzecie (w którym jestem trochę „na doczepkę” – robi raz do roku konferencję w której jestem głównym grafikiem i przygotowuję wszystkie materiały reklamowe. Konferencje to natomiast napisanie referatu i zaprezentowanie go. Mam już za sobą dwa takie wyjazdy i myślę, że one naprawdę wiele mogą nauczyć (o tej w Poznaniu napisałam u siebie wpis). Z każdą z tych rzeczy jest trochę roboty (liczonej bardziej w tygodniach niż dniach), ale studia bez tego byłyby nudne. Warto zostawić coś po sobie na uczelni – jak nie materialne prace konkursowe i artykuły, to chociaż dobre wspomnienie i pamięć Pani Dziekan (czyli coś wspólnego z autorem artykułu na Twoim blogu) :D.