fbpx

Miesiąc w akademiku. Moje odczucia.

w akademiku

 

Kilka dni temu spostrzegłam, że już od miesiąca mieszkam w akademickim pokoju! Pierwsze 30 dni studiowania minęło tak szybko, jak nigdy dotąd. Nie wiem, czy to dlatego, że jesień jest dla nas tak łagodna, czy w tym roku uczelnia mnie za bardzo rozpieszcza. W każdym razie opowiem dzisiaj trochę o moim życiu w akademiku, o tym, co mi się tutaj podoba, a co nie. Ciekawe, czy moje odczucia będą podobne do Waszych przekonań na temat domów studenckich. ;)

 

 

Co mi się podoba?

Już we wrześniu pisząc do Was o tym, jak wynająć mieszkanie i nie dać się oszukać byłam pełna obaw dotyczących mojego przyszłego życia w akademiku. Wiecie, te wszystkie historie o wiecznych imprezach, pianie na korytarzach i wyprawach kosmicznych. W tym roku musiałam zrezygnować z wynajmu prywatnego mieszkania, ponieważ nikt nie wynająłby mi go na zaledwie 4 miesiące. (Czyli już za 3 będę we Włoszech!!!) Jak się później okazało, niepotrzebnie obawiałam się zamieszkania tutaj. Razem z O. zajmujemy jeden segment, na który składają się 2 pokoje, łazienka i wbudowana w przedpokój kuchnia, która o dziwo, wcale nie jest taka mała. Płacę podobnie, jak za prywatne mieszkanie, z tymże media wliczone są w cenę pokoju, więc nie płacę dodatkowo za wodę, internet czy prąd.

 

Standard.

Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam pokoje, które wcale nie wyglądają jakby wyposażył je Gierek. Podobno wszystkie meble zostały zakupione w 2007 roku, więc jest dobrze. Kafelki w kuchni i łazience również wyglądają na nowe i zadbane. Podobnie jest z meblami kuchennymi, szafami w przedpokoju czy prysznicem. Tylko ściany w niektórych miejscach domagają się malowania, ale i tak jest lepiej niż się spodziewałam!

 

Spokój.

Jest naprawdę super! Nie muszę myśleć o tym, czy wynajmujący zwróci mi kaucję, czy będzie robił jakieś problemy. Gdy coś się popsuje, przychodzi pan konserwator i to naprawia, nie muszę prosić się właściciela mieszkania bojąc się przy tym, że ten uzna, iż powinnam zapłacić za naprawę pralki, która ma 15 lat. Nie muszę oszczędzać na ogrzewaniu czy prądzie. W sumie, to czuję się tak, jak gdybym miała małe mieszkanie na własność. Czasem dochodzą mnie dźwięki z innych segmentów, ale przecież w bloku jest podobnie. Jedynie na początku miesiąca trochę denerwował mnie puzonista, który grał za ścianą. Potrafił przez 4-5 godzin grać 2-3 melodie! Sam dźwięk nie był bardzo głośny, ale jednak było go słychać. Na szczęście jakoś od tygodnia mam z tym spokój.

 

A co z legendarnymi imprezami?

Imprezy są, ale albo ich nie słyszę, albo w nich uczestniczę. Na co dzień jest tu spokojnie, jak na zwykłym osiedlu. W pobliżu znajduje się klub studencki, do którego czasem zaglądam, a gdy przebywam w pokoju nie słyszę wydobywających się z niego dźwięków. A! I nie ślizgałam się jeszcze po pianie na korytarzu, ani nie odbyłam żadnej misji w kosmos. Jeszcze.

 

w akademiku

 

Co mi się nie podoba?

To, co mi się nie podoba stanowi jedynie 5% całego obrazu akademików w mojej głowie. To szczegóły, które trochę mnie irytują, ale niektóre z nich z łatwością obchodzę. Na pewno nie są to sprawy, które niszczą mi pobyt tutaj. Czasem się tylko zirytuję.

Nadzór.

Po pierwsze denerwuje mnie konieczność okazywania karty mieszkańca przy wejściu do budynku. Na szczęście wymagają tego raczej nowe portierki. ;) Czuję się wtedy jak potencjalny przestępca. Nie podoba mi się również fakt, że wychodząc z akademika muszę zostawiać kluczyki do segmentu w portierni. Nie rozumiem dlaczego mam oddawać klucze do miejsca, w którym sama mieszkam. Wiem, że i tak nikt tam nie wejdzie, ale mimo wszystko jest to denerwujące. Nie lubię tego rodzaju zapobiegania łączonego z brakiem zaufania. Zresztą nawet gdybym dorobiła klucze do segmentu, to co z tego? I tak na teren akademika podobno nie można dostać się bez okazania karty mieszkańca, więc nikt obcy nie mógłby wejść, używając dorobionego kluczyka.

 

Początkowo nie potrafiłam przyzwyczaić się do „zamawiania” pralki, albo przynoszenia ze sobą karty mieszkańca, za każdym razem, gdy chciałam powiesić pranie w suszarni. Teraz już do tego przywykłam. Czasem tylko ktoś bardzo uprzejmy postanowi zsunąć moje pranie na bok tworząc z niego jedną wielką kupę niewyschniętych ciuchów. Wtedy trochę podnosi mi się ciśnienie, ale wiecie, tylko trochę.

 

Dziwne zasady.

Inną głupią zasadą jest możliwość goszczenie u siebie osób jedynie do 23. Nie mówiąc już o tym, że te osoby muszą się wylegitymować, a ich dane zostają wpisane do specjalnego zeszytu odwiedzin. Czasem dochodzi do takich paranoi, że np. pewnego razu, gdy mój chłopak chciał pomóc koleżance ze studiów wnieść walizki na 3 piętro, to portierka nie zgodziła się, by wszedł, ponieważ ten akurat nie miał przy sobie legitymacji. Dziewczyna musiała targać wszystko sama… Wracając jeszcze do czasu trwania wizyt. Niektóre portierki są normalne i machają na to ręką. Natomiast gdy słyszę:

 

– A co to, zegarka nie mamy?

 

To muszę mocno ugryźć się w język, żeby tego nie skomentować. Tym bardziej, że tak czy siak śpię w akademiku, a nie mam 13 lat, żeby ktoś kontrolował mnie i mówił mi, do której mogę być u koleżanki.


 

Jeżeli kolejne miesiące będą wyglądać podobnie do tego, to mogę śmiało powiedzieć, że z przyjemnością zamieszkam w akademiku na 5-tym roku, gdy wrócę z Erasmusa. Powiem więcej! Żałuję, że wcześniej tutaj nie mieszkałam. Zaoszczędziłoby mi to tyle nerwów! Mieszka mi się tutaj podobnie jak w prywatnym mieszkaniu, a nadzór ma też swoje zalety. Dzięki niemu czuję się bezpieczniejsza. Wiem, że pod moimi drzwiami nie zaśnie pijany kloszard, jak to zdarzało się na poprzednim mieszkaniu.

 

A jakie są Wasze odczucia, co do akademików? Mieszkacie? Odwiedzacie znajomych? Imprezujecie? :D Dajcie znać w komentarzach!

Do następnego czytania!

Ania
Follow

100 PLN zniżki na AIRBNB

Wskocz na Facebooka

Studencka grupa wsparcia

Close Menu
×

Koszyk