Nikt we Włoszech nie słyszał o studenckim kwadransie! #post15minut

Siedzę sobie grzecznie w sali. Czekam, czekam, czekam. Na jej wielmożność profesorkę. A jej nie ma, nie ma, nie ma. Jak dla mnie spoko. Jeszcze kilka minut i przeniosę się do uczelnianej kawiarnia na caffè al bar. Inni nie wydają się być tak podekscytowani tym faktem. Mija minut 15. Nikt się nie rusza. Nikt listy nawet nie spisał. Coś jest nie tak. Pytam więc: co robimy? A oni: no siedzimy! Ale że jak to? Że po co? A oni, że tu się do skutku czeka.

 

 

To mnie przeraża. Czyli mam rozumieć, że ja, takie o nic, dla tej uczelni, mam obowiązek siedzieć tu przez 2h (tak Panie i Panowie 2 godzinki trwają zajęcia na włoskiej università!), bo jej wysokość profesorka może się pojawić za godzinę i minut 35?

 

 

A gdzie wzajemny szacunek, poszanowanie dla czasu drugiej osoby? Takie czekanie uważam wręcz za upodlające. Wychodzę więc po godzinie (i tak długo wytrzymałam!), dziękując Stwórcy, za polską kulturę wykładowców i studencki kwadrans.

 
#post15minut

 

 

Student ma siedzieć cicho.

 

 

Niektórym wykładowcom na uczelni się wydaje, ze są w szkole. Bo w szkole najczęściej uczeń, jest na łasce nauczyciela. Jest jeszcze niepełnoletni i ten nauczyciel za niego odpowiada, ale na studiach? Wiem, że studenci często boją się wykładowców. Boją się zwrócić uwagę na pewne niedopatrzenia z ich strony i traktowanie z wyższością. Pamiętajcie jednak, że Wy też macie swoje prawa, nie jesteście gorsi i jeżeli wykładowca na uczelni dopuszcza się przewinień to zgłaszajcie to. Do Samorządu Studenckiego albo do Dyrektora Instytutu. A jak już nie zgłaszacie, to chociaż nie narzekajcie i nie trąbcie o tym dookoła, skoro nie postanowiliście tego zmienić.

 

 

Wykładowcy są po to na uczelni, żeby Wam pomóc, żeby nauczać, a nie wyrzucać swoje prywatne problemy na studentów. Zaczęłam więc od braku kultury we Włoszech, a skończę na zachęceniu Was do poznania swojej wartości i zwracania uwagi na niewłaściwe, hierarchiczne traktowanie studentów.

 

 

Tekst powstał w ramach zabawy #post15minut, która polega na napisaniu wpisu w przeciągu kwadransa napełniając go emocjami, dzięki którym blogi zyskały niegdyś taką moc. (Redakcja i zdjęcia mogą trwać dłużej, chodzi o samo pisanie.) Ponieważ mam już ostatnią minutkę na napisanie tych słów, gorąco zachęcam czytających mnie blogerów do wzięcia udziału w zabawie. Pokażcie swoje emocje! :)

 

 

A czytelników chciałam zapytać, czy spotkaliście się kiedyś ze złym traktowaniem studentów przez wykładowcę, z pewnymi wykroczeniami i czy interweniowaliście w tej sprawie? Ciekawi mnie przede wszystkim to, czy jesteście skłonni, do zgłaszania takich spraw, czy po prostu się boicie?

 

 

Do następnego czytania!

Ania

  • Pingback: 6 słów, których nie potrafię powiedzieć, a które powinienem | Marcin KAMYK Kamiński()

  • Ciągle powtarzam studentom, że jestem dla nich, że jeśli mają jakiś problem, nie rozumieją materiału mogą do mnie przyjść w godzinach dyżuru, albo umówić się na inny termin. Mają zadawać pytania, dopytywać, a nie siedzieć, żeby odfajkować ćwiczenia. Powtarzam im, przypominam. Jeszcze ani razu nikt się nie pojawił na dyżurze :( Nie licząc sytuacji „czy mogę napisać zaległy test”.

  • Pingback: Jak szybko poprawić sobie humor? 15 sposobów na zły dzień()

  • A jak to jest ze studiami we Włoszech, są płatne czy darmowe?

    Ja na szczęście nigdy nie miałam takich problemów, czy tutaj w Polsce czy jak byłam na Erasmusie w Hiszpanii. Nie twierdzę, że wszystko odbywało się punktualnie, ale bez takich skandalicznych opóźnień czy w ogóle sytuacji gdy wykładowca się nie pojawiał. Chyba miałam szczęście :D

    • Ja za nie nie płacę, ale włoscy studenci owszem! Więc jak bym się wkurzyła na ich miejscu, a oni nic. :D
      Zdecydowanie miałaś szczęście! Ja się często z tym spotykam.

  • Ogólnie blogi studenckie jakoś mnie nie przekonują, ale u Ciebie zostanę na dłużej! Wyzwanie świetne, czyta się lekko i przyjemnie a poza tym… pięknie tu *_*

    Co do spóźnień, zwykle to wykładowcy doświadczali moich spóźnień niż ja ich. Nadrabiałam zaangażowaniem w zajęciach, chociaż przyznaję, że jest to mój obszar do rozwoju.

    Nic się nie dzieje jeśli trafiasz na wykładowcę, który ma to gdzieś. Który w ogóle prowadzenie zajęć ma gdzieś, bo ma się wrażenie, że nie miał co ze sobą zrobić w przerwie od śniadania do drugiego śniadania, dlatego przyszedł poopowiadać anegdotki, czy wyuczony na pamięć nudny wykład patrząc w ścianę naprzeciwko. Jednak miałam okazję mieć zajęcia z osobami, które stały się dla mnie niemalże autorytetem. Wykładowcy z klasą i nienagannymi zasadami. Wtedy przy każdym spóźnieniu myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Piątki były wtedy takim dniem, że potrafiłam ogarnąć się z wszystkim dużo wcześniej i być godzinę przed czasem (takie miałam połączenie komunikacją), żeby się nie spóźnić. Ludzie z charyzmom zawsze na mnie dobrze wpływali :)

    • A jakie znasz inne blogi studenckie? :) Chętnie poczytam! :D Zazdroszczę takich wspaniałych wykładowców, ja poznałam takich niewielu, chociaż byli! Jejku, jakby każdy taki był! Ale to samo z nauczycielami w szkole. Niektórych się uwielbia i pamięta się o nich przez lata, a innych się zapomina, bo byli… nijacy.

  • Pingback: Czy kobiety mają łatwiej na studiach? - Blue Kangaroo()

  • Na moich studiach często zdarzały się dość absurdalne sytuacje- gubienie projektów czy podań, zapominanie o zajęciach. Co prawda teraz jestem na Erasmusie ale dalej mam dostęp do grupy mojego roku na mojej uczelni i pojawił się tam hit- kolega na prywatnego emaila dostał informację od prowadzącego X z prośbą o przekazanie reszcie specjalności, że prowadzący Z chciałby się jednak spotkać na seminarium w dniu jutrzejszym (wcześniej te zajęcia zostały odwołane) tylko w sumie mógł sobie zapomnieć nam to przekazać więc on jeszcze przekazuje w razie gdyby ta informacja nie dotarła do studentów i prosi też o przypomnienie prowadzącemu Z że bardzo chce się z nimi zobaczyć. <3

  • Lore Art

    Niestety takie rzeczy nie tylko w Włoszech- studiuję na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku i to doświadczenie zrównało z ziemią moje chęci do studiowania i oczekiwania wobec profesorów. Nie ma kwadransa studenckiego- czekamy dwie godziny, profesorowie nie informują nas o tym, że sami zmienili godzinę zajęć (nie będę przecież przychodził na godzinę 8! To nieludzka pora, a poza tym po Waszych zajęciach miałbym 4 godzinne okienko, więc zapraszam Państwa dziś wieczorem- koniec końców to my mieliśmy 4 godzinne okienko czekając na niego wieczorem). Nie przychodzą przygotowani na zajęciach i puszczają filmy na całe zajęcia, na których obecność jest obowiązkowa. Nie chcą przyjmować zwolnień lekarskich. Informują, że na zajęciach mamy uważać, a nie „robić notatki”, bo przecież wyślą slajdy- nie wysyłają. Profesor który przychodził na zajęcia pijany nie został wyrzucony z pracy, tylko przeniesiony na „gorszy wydział”- mój oczywiście. ;) Mogłabym tak wymieniać i wymieniać godzinami, ba myślę czy nie zrobić o tym jakiegoś dobrego artykułu, albo małej książki, ale chyba szkoda mi czasu i nerwów. Wielokrotnie informowane były władze uczelni, ale mam wrażenie, że dopiero teraz po zmianie rektora i dyrektorki wydziału cokolwiek drgnęło, wcześniej było jedno wielkie kolesiostwo, niestety nawet aktualne zmiany nie są moim zdaniem wystarczająco dramatyczno-radykalne. Całe szczęście, że to już ostatni semestr. ;)

    • Wiem, że plany zajęć są układane pod pracowników, a nie pod studentów i też tego nie umiem zrozumieć. Studentów jest znacznie więcej i oni mogą czekać, byle jedna osoba nie miała okienka. Gdzie tu demokracja? Ale to z pijanym profesrorem powaliło mnie na łopatki! Święte krowy… naprawdę…

      Czy to jest tak, że na Akademii wykładają „artyści”, którzy mają skłonności to wyrażania się tam nawet, gdzie to nie jest konieczne? ;D Np. dlatego taki „artysta” może przyjść pijany na zajęcia?

  • Jane599

    Do końca życia nie zapomnę jednej wykładowczyni do której chodziłam na laboratorium. Za każdym razem pytała czy piszemy wejściówkę, a my jak normalni studenci oczywiście, że nie ;) I to był błąd…. Pani na koniec semestru kazała nam pisać na raz wszystkie wejściówki, bo przecież ona musi mieć oceny, a przecież to nasza wina, że nie pisaliśmy… Tylko student zakłada, że jeśli nie piszemy i Pani nic nie mówi, że trzeba będzie w innym terminie napisać to ich nie trzeba pisać, a tak trzeba było zaliczać 3-4 wejściówki i nikt nie zaliczył za pierwszym razem, więc w pewnym momencie zaczęły lecieć gotowce i ściągi, bo nikt nie był w stanie na koniec semestru ogarnąć wszystkich zaliczeń, egzaminów i tego typu wejściówek

    • Lol, ale chamówa! Znowu mam tak, że od razu myślę, jaka ta osoba jest na co dzień i jakie ma relacje z ludźmi z rodziną. Bo nie można mieć dobrych, jeżeli takie rzeczy się robi w pracy…

      • Jane599

        Akurat ta Pani za mojej kadencji na uczelni miała problemy. Bo rok wcześniej też dziwne akcje i zaliczenia robiła, bo nie przychodziła na zajęcia itp, a później wymagania z nieba. Rok po tej sytuacji przenieśli ją do sekretariatu i prowadziła tylko dosłownie kilka zajęć z bardzo wąskiej specjalizacji

  • Mia Mamba

    Niestety takie sytuacje zdarzały się wielokrotnie na mojej magisterce, a jak zwracałam na to uwagę innym studentom (byłam przyjezdna, licencjat robiony zupełnie w innym miejscu) to wszyscy robili wielkie oczy „ale jak to, narzekasz?”.
    Bo jak tu się nie wkurzać, jak szanowny Pan profesor zapomina, że mamy egzamin, latamy za nim po uczelni, a na koniec stwierdza, że nie wydrukował papieru, a tak w ogóle to nie ma teraz czasu i zaprasza za dwa dni (WTF?), po czym po dwóch dniach spóźnia się godzinę (sic!).
    Albo inny przykład, gdzie wykładowca również spóźnił się na egzamin (45 minut), na który czekało ponad 200 osób po czym przychodzi jak basza pod salę z miną: co wy tu robicie/nie chcę mi się/mam focha.
    Jak się okazało zgłaszanie tego gdziekolwiek nie ma sensu, bo pierwszy przypadek to Pan ze „starej kadry” co już dawno powinien być na emeryturze, a drugi (per „basza”) to syn, bratanek i cholera wie co jeszcze – innych profesorów (cała rodzinka tam prowadziła zajęcia, łącznie z jego matką oraz żoną).
    Ogólnie ta uczelnia strasznie zaszła mi za skórę. Przypomina mi się taki słynny cytat z „Chłopaki nie płaczą” gdzie, bodajże rektor, zabrania czegoś robić dla studentów bo „gotowi są pomyśleć, że my (wykładowcy) jesteśmy tu dla nich”. Idealnie odwzorowuje podejście, z jakim spotykałam się praktycznie na każdym kroku, łącznie z załatwianiem tak trywialnych rzeczy jak podbicie legitymacji.

    • Ręce opadają… Tym bardziej, że opisujesz tu przykłady nie z zwykłych wykładów a egzaminów! Naprawdę, student ma latać za wykładowcą, chuchać i dmuchać na niego, żeby ten się jeszcze nie obraził, że wgl przyszłaś na ten egzamin… A najgorzej mają się osoby, które dojeżdżają, bo może się okazać, że jechały na marne, że wydały kasę na marne i jeszcze muszą dopasować sobie powrót…

  • Nie wiem czy wszędzie tak jest, ale u nas są pod koniec semestru ankiety i można spokojnie napisać, co u kogo nam nie pasuje. Chociaż ja mam tylko jednego doktora, który za każdym razem się spóźnia, ale zawsze idealnie 15-17 minut, więc po prostu przywykliśmy. Zastanawialiśmy się, czy na niego naskarżyć, ale sytuacja wskazuje jednoznacznie na to, że doktor jest nie do ruszenia. Zresztą, mam wrażenie że większość osób go lubi, i zwyczajnie byłoby smutno, gdyby się obraził i odszedł.
    Poza tym jednak nigdy nie miałam kłopotów z wykładowcami, nawet nie wiem, gdzie miałabym się zgłosić z takim problemem.

  • Ada

    W Portugalii jest identycznie. Raz czekałam sześć godzin na egzamin, raz zajęcia przedłużyły się o półtorej godziny – nikt nie protestował. Działa też w drugą stronę, raz zdarzyło mi się przyjść spóźnioną o godzinę na trzygodzinne zajęcia, pomyliły mi się godziny rozpoczęcia, a profesor nie skomentował tego ani słowem.

    • Zoja

      (Anglia) Żaden z moich wykładowców jak do tej pory nigdy się nie spóźnił. Zdarzyło się parę razy natomiast, że zajęcia zostały po prostu przełożone przez jakieś komplikacje, operacje itd. Ale zawsze wiedzieliśmy w najgorszym wypadku kilka godzin przed zajęciami. Jeśli chodzi o nasze niechodzenie jak usłyszałam, że mam pisać maila do departamentu dlaczego opuściłam konkretne zajecia poczułam się jak w liceum. Ostatecznie jednak wiem, że zawsze są po naszej stronie i dlatego na przykład bodaj co miesiąc przedstawiciele grupy spotykają się z wykładowcami aby omówić nasze komentarze, co chcielibyśmy zmienić itd.

    • 6 godzin? Masakra! A we Włoszech ja znowu usłyszałam wyrzuty za spóźnienie. :p

  • No co Ty! Studencki kwadrans uratował mnie wieeeeeele razy! :) Skandal! PS. fajna inicjatywa z tym 15 minut. Wypróbuję :)

  • Aniu, pamiętam że brałaś udział w akcji typu „zgarnij stówkę za założenie konta w PKO” z fast50clubem. Z tego co wiem, trzeba rozliczyć się z niej w picie, a termin tego kończy się w lutym. Czy dostałaś pit, rozliczyłaś się i wszystko jest ok, to żaden szwindel? Mogłabyś skrobnąć parę słów o tym procesie? Pozdrawiam! ;)

    • Tak, dostałam PIT. :) W lutym kończył się termin wysyłania PITów, a Ty się możesz rozliczać jakoś do kwietnia, tak jak ze wszystkiego. :)

  • May

    Twoje zajęcia we Włoszech trwają 2 godziny? Beata te! Moje trwają 3 godziny :D I są dwa razy w tygodniu :D W sensie z jednego przedmiotu, a przedmiotów mam 5 – całe szczęście, że nie w tym samym czasie, niektóre kończą się wcześniej i zaczynają potem inne :D

    • Iwona

      u mnie jedne zajęcia trwają 5,5 h ;) na szczęście są co dwa tygodnie, dwu-trzy godzinne laboratoria są normą

    • :O To tylko w Polsce po 1,5 h?

  • Ola

    Czy przypadkiem trochę nie przesadzasz? Z tego co się orientuję, to „kwadrans studencki” jest raczej niepisaną umową, a nie przepisem, który można egzekwować. W dodatku to chyba nie jest tak, że spóźnienie wykładowcy musi oznaczać od razu brak szacunku wobec studentów i absolutnie nie jest tak, że musisz na tego wykładowcę czekać. Jasne, fajnie mieć usprawiedliwienie swojej nieobecności, ale chyba na tym polega dorosłość, że samemu decyduje się, czy czeka się na wykład, czy nie i jednocześnie akceptuje konsekwencje swojego wyboru.

    Od siebie powiem, że na mojej uczelni wykłady trwały minimum 2 godziny. Pamiętam że raz, podczas 3-godzinnego, nieobowiązkowego (!) wykładu wykładowca spóźnił się jakieś 1,5h. Przez pierwszą godzinę czekali wszyscy. I to nie dlatego, że ktoś bał się tego wykładowcy, tylko dlatego, że przedmiot był naprawdę wartościowy.

    • Jasne, że jest niepisaną umową, ale to po prostu wyrażenie szacunku. Mój czas należy szanować, nie jestem dzieckiem, które ma siedzieć w „szkole” bo „szkoła” ponosi za nie odpowiedzialność. Jestem dorosłym człowiekiem, który ma swoje obowiązki.

  • Adriana J. A. Kern

    A) powinnam sie uczyc, a czytam Twojego bloga… ;D

    B) nie o studentach, a o uczniach.

    Prosta sytuacja: piszesz pracę klasową, nauczycielka ja sprawdza i wystawia ocenę.
    W Niemczech oceny nie lądują w dzienniku. W naszej szkole nauczyciel sam sobie gdzieś te oceny wpisuje (być może w innych szkolach jest drugi dziennik, tylko dla nauczycieli. Nie wiem), może to być specjalny kalendarz, a moze byc tabela w excelu.

    No i tak pewnego pieknego dnia (tydzień przed konferencją na półrocze) ta ów nauczycielka każe calej klasie przynieść prace klasowe (wiekszosc z uczniów musi oddać je w zakladzie pracy) na drugi dzień.
    Plik z kartami ocen wziął i zniknął z komputera.

    Pytam więc przemilej pani, co stanie się, jak nie dam rady dostarczyć pracy klasowej na czas (nasze zostają wysylane do centrali, na drugi koniec kraju).

    Odpowiedź, jaka pada, przechodzi najśmielsze oczekiwania „bede musiala wstawic ocenę 2”.

    I teraz pytanie: dlaczegl ja mam pokutowac za cos, na co nie mialam kompletnie zadnego wpływu?

    • A) Typowe zjawisko na tym blogu. :D
      B) Rozumiem, że ona nie mówiła, że macie te prace zachować, żeby je kiedyś tam przynieść?