fbpx

O tym dlaczego bezstresowe podejście do studiów jest tak ważne, na moim osobistym przykładzie. CZ.1

bezstresowe podejście do studiów

 

Na pierwszym roku studiów bardzo przejmowałam się zajęciami. Strasznie bałam się, że nie zrozumiem i nie zanotuję czegoś ważnego. W sumie to i tak mało rozumiałam. Wyłapywałam poszczególne słówka i układałam z nich logiczną całość. Mój mózg w pierwszych tygodnia wariował, wszędzie słyszałam niemiecki. Ludzie w autobusie mówili po niemiecku, radio grało po niemiecku, w snach wszyscy rozmawiali po niemiecku! Ciągle powtarzano nam, że i tak większość z nas wyleci. Coraz bardziej uświadamiano nas w tym, jacy jesteśmy beznadziejni i jak niewiele potrafimy. Pierwsi odeszli już po tygodniu. Kilka razy usłyszeliśmy, że nie nadajemy się na germanistów, że tak właściwie, to co my tu robimy. Żadnego „kiedyś będzie lepiej, w końcu się nauczysz”. Nie. Tylko ciągłe powtarzanie, ile to nauki przed nami, ile wyrzeczeń. Ciągłe uświadamianie nas, że zawód tłumacza to harówka, a właściwie syzyfowa praca. Z ponad 50 osób, które pełne zapału przyszły na studia mówiąc „Hej! Jestem X chcę być tłumaczem” Zostało 27, z czego może 5 faktycznie chce tłumaczyć.

 

 

Pierwszych kolokwiów masowo nie zdawaliśmy. Poprawki były istnym piekłem, przede wszystkim przez głosy nakręcających się jak zegarki ludzi. No bo przecież trzeba kilkakrotnie powtórzyć, że jak tego nie zdam to wylatuję. Zresztą wykładowcy też nie omieszkiwali tego podkreślić. Oczywiście nie wszyscy.

 

To wtedy zaczęłam po raz pierwszy planować swój czas i to co do minuty! Po powrocie z uczelni na odpoczynek czasu było niewiele. Zakładałam, że odpoczywam podczas przygotowywania i jedzenia posiłku. Zaczęłam jeść coraz gorzej. Zwykle jadałam makaron z sosem z paczki, ewentulanie ze słoika, ryż także z sosem ze słoika, czasem pierogi, kluski na parze. W szkole kanapki, na kolację kanapki. Wszędzie ten chleb, chleb i chleb. Wiecie czego mój organizm miał za dużo? Glutenu. Starannie zaczął mi to pokazywać przez trądzik. Niestety dopiero po roku zorientowałam się, o co mu chodzi. Wcześniej męczyłam się z kremami, tonikami i żelami. Potem z nieodpowiedzialną kosmetyczką, która zaleciła mi mikrodermabrazję. (Powinna istnieć możliwość podania takiej osoby do sądu), bo po tych zabiegach na mojej twarzy rozpętało się piekło. Moje zszargane nerwy, zaniżone poczucie własnej wartości dla jej kilkuset złotych? Poszłam do dermatologa. Kolejna nieodpowiedzialna osoba na mojej drodze. Przepisała mi witaminki. Po jednym spojrzeniu. Badania? A po co? O to, co mogę, a czego nie mogę jeść musiałam sama się dopytywać, a ona nawet nie wspomniała o glutenie. Dwie wizyty później nie ma jej. Idę do innej lekarki. Ta na jedno zerknięcie przepisuje mi antybiotyk. JAK MOŻNA!? Żadnych badań. Do tego dostałam gotową ulotkę z produktami jednej marki, na które lekarka zakreśliła tylko produkty do mycia twarzy, które mam kupić. Co za bezczelność! Nie kupiłam ich.

 

Dlaczego nie warto się stresować

 

Wtedy nie wiedziałam jeszcze jaki wpływ na moją skórę ma to, co jem. Ale nie miałam przecież czasu na przygotowywanie sobie zdrowych posiłków. Wszystko trzeba było robić szybko, jak najszybciej, by siąść i spędzić wieczór przy książkach. Gdyby tylko wieczór! Spałam coraz mniej. Zdarzało się, że i 4 godziny dziennie. No ale wiecie, żeby tak wytrzymać trzeba się jakoś pobudzić. No to kawa. Jedna, druga, trzecia. Mocna z fusami. Tylko zdam ten rok, później wyluzuję, będzie dobrze. Jeszcze odpocznę. Ależ byłam głupia.

 

Nazajutrz czekało mnie drugie kolokwium u tego przerażającego wykładowcy. Uczyłam się odkąd wróciłam z uczelni. Wszystko brzmiało dla mnie tak obco, nic nie wchodziło do głowy. Kułam i kułam. Postanowiłam, że będę uczyć się do skutku, choćby całą noc. Jutro mam tylko dwa zajęcia, więc odeśpię potem. Wieczorem zjadłam jajecznicę, a później jeszcze parę kostek czekolady. Na moje (nie)szczęście współlokatorzy urządzili sobie imprezkę. Byłam już po 4. kawie. O 23 wypiłam z nimi 2 kieliszki wódki i poszłam się dalej uczyć. Położyłam bodajże o 1:00, ale nie jestem pewna. Niby nie umiałam zasnąć, ale utrzymywałam umysł w półśnie. Moje serce zaczęło przyspieszać. Było mi duszo, w środku coraz bardziej gorąco, ale jednak zimno na zewnątrz. Serce biło coraz szybciej. Do tego problemy żołądkowe. Fala zimna podeszła mi aż do głowy. Tak czułam się zawsze, gdy miałam zemdleć. Było mi słabo i  to serce, które biło tak, jakbym przebiegła maraton, a przecież leżałam spokojnie w łóżku! Z trudem łapałam każdy oddech. Przez głowę przelatywały mi myśli o 20-parolatkach, którzy zmarli na zawał.

 

Współlokator zadzwonił po pogotowie. Przyjadą? Yhym, jak stracę przytomność. Na szczęście jeden z imprezowiczów nie pił i zawiózł mnie do najbliższej przychodni. Z tego wszystkiego zapomniałam nawet mojej karty NFZ! Nic się nie stało, wystarczyło podać PESEL. Pielęgniarki były bardzo ciepłe, podały mi tabletki, które miały spowolnić serducho i pytały gdzie tak biegnę. W tamtej chwili było to naprawdę zabawne. Powiedziały, że jajecznica i czekolada zjedzone przeze mnie były świetnym wyborem. Przypadek? Serce jakoś biegło dalej, wiec miałam pojechać do szpitala. Tam arogancki lekarz stwierdził, że trzeba było nie chlać. Miałam taką potrzebę wytłumaczyć mu, że nie imprezowałam, tylko się uczyłam i chyba nawet go przekonałam. Przynajmniej na początku tak mi się wydawało, bo później i tak był oburzony faktem, że ma wystawić imprezowiczce zwolnienie na następny dzień. Na szczęście zrobił to. Zalecił mi jogę i więcej luzu. Miałam znaleźć czas, by się odstresować, małam się uspokoić. Mówił też o brakujących elektrolitach, powinnam też dużo pić i urozmaicić swoją dietę.

 

dlaczego nie warto się stresować

 

Następnego ranka obudziłam się naprawdę szczęśliwa. Łapałam się za serce i czułam jak rytmicznie i spokojnie bije. Cieszyłam się, że mam wolne. W internecie poszukałam pierwszych lekcji jogi. Bardzo mi się spodobały. Czułam się naprawdę odprężona. Kupiłam owoce i piłam dużo wody. Nie wiem jak to możliwe, ale czułam, że zwalniam. Szczęście wynikające z tego, że już wszystko ze mną w porządku, było większe niż strach przed wyleceniem ze studiów. Uznałam, że nie warto, bo zdrowie jest najważniejsze.

 

Ja i mój organizm potrzebowaliśmy jeszcze roku, by nauczyć się spokojniej, wolniej żyć. Przez jakieś 6 miesięcy przynajmniej dwa razy w miesiącu zdarzały mi się jeszcze takie sercowe wybryki, na szczęście były dużo, dużo słabsze. Lekarze mówili, że to nerwica. Chyba trochę przesadzali, bo to poważna choroba, a oni wydawali osąd po moich opowieściach o nocnych przebudzeniach? Z czasem przestawiłam się mentalnie, co uspokoiło moje serducho, które teraz pozwala mi spokojnie spać.

 

Ta i jeszcze jedna sytuacja, o której dowiedziecie się z następnego wpisu, sprawiły, że zmieniłam swoje podejście do nauki, a właściwie do całego mojego życia. Może teraz, gdy o tym opowiadam nie brzmi to aż tak przerażająco, ale wtedy było to jak plaskacz od opatrzności. To dlatego piszę o studiach i uczeniu się w wersji slow. Mniej, a efektywniej to mój cel. Jak widzicie stres, nerwy, zbytnie przejmowanie się doprowadziły mnie do trądziku, wyniszczonego organizmu i szpitala. Koleżankom z roku włosy wypadały garściami. Niektóre uzależniły się od nauki.(Wiem, że to czytacie :)) Inne przyjmowały tabletki uspokajające, a nawet środki nasenne. Nie warto naprawdę, nie warto.

 

Następna część tego wpisu ukaże się w czwartek, albo piątek.

Trzymajcie się ciepło!

Ania

 

100 PLN zniżki na AIRBNB

Wskocz na Facebooka

Studencka grupa wsparcia

Close Menu
×

Koszyk