O tym dlaczego bezstresowe podejście do studiów jest tak ważne, na moim osobistym przykładzie. CZ.1

 

Na pierw­szym roku stu­diów bar­dzo przej­mo­wa­łam się zaję­cia­mi. Strasz­nie bałam się, że nie zro­zu­miem i nie zano­tu­ję cze­goś waż­ne­go. W sumie to i tak mało rozu­mia­łam. Wyła­py­wa­łam poszcze­gól­ne słów­ka i ukła­da­łam z nich logicz­ną całość. Mój mózg w pierw­szych tygo­dnia wario­wał, wszę­dzie sły­sza­łam nie­miec­ki. Ludzie w auto­bu­sie mówi­li po nie­miec­ku, radio gra­ło po nie­miec­ku, w snach wszy­scy roz­ma­wia­li po nie­miec­ku! Cią­gle powta­rza­no nam, że i tak więk­szość z nas wyle­ci. Coraz bar­dziej uświa­da­mia­no nas w tym, jacy jeste­śmy bez­na­dziej­ni i jak nie­wie­le potra­fi­my. Pierw­si ode­szli już po tygo­dniu. Kil­ka razy usły­sze­li­śmy, że nie nada­je­my się na ger­ma­ni­stów, że tak wła­ści­wie, to co my tu robi­my. Żad­ne­go “kie­dyś będzie lepiej, w koń­cu się nauczysz”. Nie. Tyl­ko cią­głe powta­rza­nie, ile to nauki przed nami, ile wyrze­czeń. Cią­głe uświa­da­mia­nie nas, że zawód tłu­ma­cza to harów­ka, a wła­ści­wie syzy­fo­wa pra­ca. Z ponad 50 osób, któ­re peł­ne zapa­łu przy­szły na stu­dia mówiąc “Hej! Jestem X chcę być tłu­ma­czem” Zosta­ło 27, z cze­go może 5 fak­tycz­nie chce tłu­ma­czyć.

 

 

Pierw­szych kolo­kwiów maso­wo nie zda­wa­li­śmy. Popraw­ki były ist­nym pie­kłem, przede wszyst­kim przez gło­sy nakrę­ca­ją­cych się jak zegar­ki ludzi. No bo prze­cież trze­ba kil­ka­krot­nie powtó­rzyć, że jak tego nie zdam to wyla­tu­ję. Zresz­tą wykła­dow­cy też nie omiesz­ki­wa­li tego pod­kre­ślić. Oczy­wi­ście nie wszy­scy.

 

To wte­dy zaczę­łam po raz pierw­szy pla­no­wać swój czas i to co do minu­ty! Po powro­cie z uczel­ni na odpo­czy­nek cza­su było nie­wie­le. Zakła­da­łam, że odpo­czy­wam pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia i jedze­nia posił­ku. Zaczę­łam jeść coraz gorzej. Zwy­kle jada­łam maka­ron z sosem z pacz­ki, ewen­tu­la­nie ze sło­ika, ryż tak­że z sosem ze sło­ika, cza­sem pie­ro­gi, klu­ski na parze. W szko­le kanap­ki, na kola­cję kanap­ki. Wszę­dzie ten chleb, chleb i chleb. Wie­cie cze­go mój orga­nizm miał za dużo? Glu­te­nu. Sta­ran­nie zaczął mi to poka­zy­wać przez trą­dzik. Nie­ste­ty dopie­ro po roku zorien­to­wa­łam się, o co mu cho­dzi. Wcze­śniej męczy­łam się z kre­ma­mi, toni­ka­mi i żela­mi. Potem z nie­od­po­wie­dzial­ną kosme­tycz­ką, któ­ra zale­ci­ła mi mikro­der­ma­bra­zję. (Powin­na ist­nieć moż­li­wość poda­nia takiej oso­by do sądu), bo po tych zabie­gach na mojej twa­rzy roz­pę­ta­ło się pie­kło. Moje zszar­ga­ne ner­wy, zani­żo­ne poczu­cie wła­snej war­to­ści dla jej kil­ku­set zło­tych? Poszłam do der­ma­to­lo­ga. Kolej­na nie­od­po­wie­dzial­na oso­ba na mojej dro­dze. Prze­pi­sa­ła mi wita­min­ki. Po jed­nym spoj­rze­niu. Bada­nia? A po co? O to, co mogę, a cze­go nie mogę jeść musia­łam sama się dopy­ty­wać, a ona nawet nie wspo­mnia­ła o glu­te­nie. Dwie wizy­ty póź­niej nie ma jej. Idę do innej lekar­ki. Ta na jed­no zer­k­nię­cie prze­pi­su­je mi anty­bio­tyk. JAK MOŻNA!? Żad­nych badań. Do tego dosta­łam goto­wą ulot­kę z pro­duk­ta­mi jed­nej mar­ki, na któ­re lekar­ka zakre­śli­ła tyl­ko pro­duk­ty do mycia twa­rzy, któ­re mam kupić. Co za bez­czel­ność! Nie kupi­łam ich.

 

Dlaczego nie warto się stresować

 

Wte­dy nie wie­dzia­łam jesz­cze jaki wpływ na moją skó­rę ma to, co jem. Ale nie mia­łam prze­cież cza­su na przy­go­to­wy­wa­nie sobie zdro­wych posił­ków. Wszyst­ko trze­ba było robić szyb­ko, jak naj­szyb­ciej, by siąść i spę­dzić wie­czór przy książ­kach. Gdy­by tyl­ko wie­czór! Spa­łam coraz mniej. Zda­rza­ło się, że i 4 godzi­ny dzien­nie. No ale wie­cie, żeby tak wytrzy­mać trze­ba się jakoś pobu­dzić. No to kawa. Jed­na, dru­ga, trze­cia. Moc­na z fusa­mi. Tyl­ko zdam ten rok, póź­niej wylu­zu­ję, będzie dobrze. Jesz­cze odpocz­nę. Ależ byłam głu­pia.

 

Naza­jutrz cze­ka­ło mnie dru­gie kolo­kwium u tego prze­ra­ża­ją­ce­go wykła­dow­cy. Uczy­łam się odkąd wró­ci­łam z uczel­ni. Wszyst­ko brzmia­ło dla mnie tak obco, nic nie wcho­dzi­ło do gło­wy. Kułam i kułam. Posta­no­wi­łam, że będę uczyć się do skut­ku, choć­by całą noc. Jutro mam tyl­ko dwa zaję­cia, więc ode­śpię potem. Wie­czo­rem zja­dłam jajecz­ni­cę, a póź­niej jesz­cze parę kostek cze­ko­la­dy. Na moje (nie)szczęście współ­lo­ka­to­rzy urzą­dzi­li sobie imprez­kę. Byłam już po 4. kawie. O 23 wypi­łam z nimi 2 kie­lisz­ki wód­ki i poszłam się dalej uczyć. Poło­ży­łam bodaj­że o 1:00, ale nie jestem pew­na. Niby nie umia­łam zasnąć, ale utrzy­my­wa­łam umysł w pół­śnie. Moje ser­ce zaczę­ło przy­spie­szać. Było mi duszo, w środ­ku coraz bar­dziej gorą­co, ale jed­nak zim­no na zewnątrz. Ser­ce biło coraz szyb­ciej. Do tego pro­ble­my żołąd­ko­we. Fala zim­na pode­szła mi aż do gło­wy. Tak czu­łam się zawsze, gdy mia­łam zemdleć. Było mi sła­bo i  to ser­ce, któ­re biło tak, jak­bym prze­bie­gła mara­ton, a prze­cież leża­łam spo­koj­nie w łóż­ku! Z tru­dem łapa­łam każ­dy oddech. Przez gło­wę prze­la­ty­wa­ły mi myśli o 20-paro­lat­kach, któ­rzy zmar­li na zawał.

 

Współ­lo­ka­tor zadzwo­nił po pogo­to­wie. Przy­ja­dą? Yhym, jak stra­cę przy­tom­ność. Na szczę­ście jeden z impre­zo­wi­czów nie pił i zawiózł mnie do naj­bliż­szej przy­chod­ni. Z tego wszyst­kie­go zapo­mnia­łam nawet mojej kar­ty NFZ! Nic się nie sta­ło, wystar­czy­ło podać PESEL. Pie­lę­gniar­ki były bar­dzo cie­płe, poda­ły mi tablet­ki, któ­re mia­ły spo­wol­nić ser­du­cho i pyta­ły gdzie tak bie­gnę. W tam­tej chwi­li było to napraw­dę zabaw­ne. Powie­dzia­ły, że jajecz­ni­ca i cze­ko­la­da zje­dzo­ne prze­ze mnie były świet­nym wybo­rem. Przy­pa­dek? Ser­ce jakoś bie­gło dalej, wiec mia­łam poje­chać do szpi­ta­la. Tam aro­ganc­ki lekarz stwier­dził, że trze­ba było nie chlać. Mia­łam taką potrze­bę wytłu­ma­czyć mu, że nie impre­zo­wa­łam, tyl­ko się uczy­łam i chy­ba nawet go prze­ko­na­łam. Przy­naj­mniej na począt­ku tak mi się wyda­wa­ło, bo póź­niej i tak był obu­rzo­ny fak­tem, że ma wysta­wić impre­zo­wicz­ce zwol­nie­nie na następ­ny dzień. Na szczę­ście zro­bił to. Zale­cił mi jogę i wię­cej luzu. Mia­łam zna­leźć czas, by się odstre­so­wać, małam się uspo­ko­ić. Mówił też o bra­ku­ją­cych elek­tro­li­tach, powin­nam też dużo pić i uroz­ma­icić swo­ją die­tę.

 

dlaczego nie warto się stresować

 

Następ­ne­go ran­ka obu­dzi­łam się napraw­dę szczę­śli­wa. Łapa­łam się za ser­ce i czu­łam jak ryt­micz­nie i spo­koj­nie bije. Cie­szy­łam się, że mam wol­ne. W inter­ne­cie poszu­ka­łam pierw­szych lek­cji jogi. Bar­dzo mi się spodo­ba­ły. Czu­łam się napraw­dę odprę­żo­na. Kupi­łam owo­ce i piłam dużo wody. Nie wiem jak to moż­li­we, ale czu­łam, że zwal­niam. Szczę­ście wyni­ka­ją­ce z tego, że już wszyst­ko ze mną w porząd­ku, było więk­sze niż strach przed wyle­ce­niem ze stu­diów. Uzna­łam, że nie war­to, bo zdro­wie jest naj­waż­niej­sze.

 

Ja i mój orga­nizm potrze­bo­wa­li­śmy jesz­cze roku, by nauczyć się spo­koj­niej, wol­niej żyć. Przez jakieś 6 mie­się­cy przy­naj­mniej dwa razy w mie­sią­cu zda­rza­ły mi się jesz­cze takie ser­co­we wybry­ki, na szczę­ście były dużo, dużo słab­sze. Leka­rze mówi­li, że to ner­wi­ca. Chy­ba tro­chę prze­sa­dza­li, bo to poważ­na cho­ro­ba, a oni wyda­wa­li osąd po moich opo­wie­ściach o noc­nych prze­bu­dze­niach? Z cza­sem prze­sta­wi­łam się men­tal­nie, co uspo­ko­iło moje ser­du­cho, któ­re teraz pozwa­la mi spo­koj­nie spać.

 

Ta i jesz­cze jed­na sytu­acja, o któ­rej dowie­dzie­cie się z następ­ne­go wpi­su, spra­wi­ły, że zmie­ni­łam swo­je podej­ście do nauki, a wła­ści­wie do całe­go moje­go życia. Może teraz, gdy o tym opo­wia­dam nie brzmi to aż tak prze­ra­ża­ją­co, ale wte­dy było to jak pla­skacz od opatrz­no­ści. To dla­te­go piszę o stu­diach i ucze­niu się w wer­sji slow. Mniej, a efek­tyw­niej to mój cel. Jak widzi­cie stres, ner­wy, zbyt­nie przej­mo­wa­nie się dopro­wa­dzi­ły mnie do trą­dzi­ku, wynisz­czo­ne­go orga­ni­zmu i szpi­ta­la. Kole­żan­kom z roku wło­sy wypa­da­ły gar­ścia­mi. Nie­któ­re uza­leż­ni­ły się od nauki.(Wiem, że to czy­ta­cie :)) Inne przyj­mo­wa­ły tablet­ki uspo­ka­ja­ją­ce, a nawet środ­ki nasen­ne. Nie war­to napraw­dę, nie war­to.

 

Następ­na część tego wpi­su uka­że się w czwar­tek, albo pią­tek.

Trzy­maj­cie się cie­pło!

Ania

 

  • M De

    O kur­cze, ale zna­jo­mo brzmi. Prze­bu­dze­nia w nocy, fale zim­na albo gorą­ca, ewen­tu­al­nie i jed­no, i dru­gie, wariu­ją­ce ser­ce i uczu­cie, że zemdle­ję, mimo że leżę w łóż­ku. Następ­ne­go dnia sen­ność nie pozwa­la­ją­ca na jakie­kol­wiek dzia­ła­nie. I taki atak co 7–10 dni. Też tra­fi­łam za pierw­szym razem na pogo­to­wie, ale jak mi powie­dzie­li, że EKG w porząd­ku, a cala spra­wa to atak lęko­wy, to się poczu­łam jak spusz­czo­na po brzy­twie “idź­se już, naj­wy­żej wró­cisz, jak się powtó­rzy, tyl­ko pamię­taj o tym leku uspo­ka­ja­ją­cym co 8h”.
    Dopie­ro jak tra­fi­łam do psy­chia­try mie­siąc póź­niej, to prze­ko­nał mnie stwier­dze­niem “książ­ko­wy przy­kład zespo­łu lęku napa­do­we­go” i wysłał na tera­pię gru­po­wą.
    Co tam odkry­łam? Że się wykań­czam i moż­li­we tego powo­dy. Kie­dy to się poja­wi­ło? Ostat­ni rok stu­diów, pisa­nie magi­ster­ki, dopi­na­nie prak­tyk, pra­ca prak­tycz­nie na 3 sta­no­wi­skach w 1 fir­mie, reha­bi­li­ta­cja, bo cia­ło też dało o sobie znać.
    Jestem pół roku po skoń­cze­niu tera­pii, 7 mie­się­cy po skoń­cze­niu stu­diów. Jesz­cze bez pra­cy i… to mo chy­ba słu­ży. Prze­nio­słam się do Hisz­pa­nii, tutaj jak opo­wia­dam, że w ogó­le pra­co­wa­łam w cza­sie stu­diów, ludzie robią wiel­kie oczy.
    Sta­ram się sie­bie pil­no­wać, nie pozwo­lić sobie na wej­ście zno­wu na zbyt wyso­kie obro­ty, z któ­ry­mi nie radzi sobie ani orga­nizm, ani psy­chi­ka. Slow down, lit­tle girl 😃
    Dzię­ku­ję za ten wpis, szcze­gól­nie za frag­ment doty­czą­cy tych ata­ków noc­nych. Cie­szę się, że da się z tego wyjść, jeśli się wylu­zu­je. Ja się jesz­cze zbie­ram :)

  • Pingback: Dlaczego wciąż nie wychodzą Ci mapy myśli? Już mówię! - Blue Kangaroo()

  • Pingback: Kiedy za bardzo przejmujesz się studiami... - Blue Kangaroo()

  • Pingback: Wywiad z Anią Kanią - Blog moje-pokoje()

  • Pingback: Studencki minimalizm w 5 punktach. - Blue Kangaroo()

  • Bel­la B

    Dokładnie…super, że to napi­sa­łaś. Niby wie­my, że więk­szość z nas się stre­su­je, ale jed­nak cza­sem zapo­mi­nam o tym i myślę, że tyl­ko ja przej­mu­ję się wszyst­kim i w tak mło­dym wie­ku — czę­ściej odczu­wam ner­wo­bó­le to tu…to tam. W tym roku pierw­szy raz potra­fi­łam do egza­mi­nów podejść z lek­ko­ścią, bez ner­wów. Szko­da zdro­wia. W innych sytu­acjach nadal wal­czę ze stre­sem. Damy radę :) Pozdra­wiam.

  • Cza­sem po pro­stu trze­ba zwol­nić bo nie ma gdzie biec, taka praw­da. Powiem Ci w sekre­cie, że zawsze chcia­łam sie nauczyć dobrze po nie­miec­ku ale jakoś mi to nie idzie :(. Mam nadzie­ję, że kie­dyś i do tego doj­dę.

    • Hmm… w sumie to może kie­dyś napi­szę jakiś wpis o począt­kach nauki języ­ka nie­miec­kie­go, cho­ciaż w sumie był­by to raczej wpis o począt­kach nauki jakie­go­kol­wiek języ­ka.. hmm.

      • Ja mówię bie­gle po angiel­sku i nigdy języ­ki nie spra­wia­ły mi pro­ble­mu :( ale nie­miec­ki … kie­dyś świet­nie rozu­mia­łam ale z mówie­niem mia­łam blo­ka­dę.

  • Jaki nie­sa­mo­wi­ty ciąg przy­czy­no­wo-skut­ko­wy! Ale moja rada brzmi podob­nie tyl­ko w dużym skró­cie: ‘Wylu­zuj, po coś są te dru­gie ter­mi­ny, i tak wszyst­ko się kie­dyś zda!’. No a z tymi wykła­dow­ca­mi to my mamy tak nadal mimo, że jestem już na 4 roku i mam już tytuł inży­nie­ra :D Oni tak po pro­stu MUSZĄ! :DDD

    • Kur­czę, nie wiem czy tak muszą, bo nie na wszyst­kich kie­run­kach tak trak­tu­je się stu­den­tów. :(

      • Kaaaaa

        Muszą? Bła­gam.. to jakaś pato­lo­gia (prze­pra­szam za sło­wa).
        Stu­dio­wa­łam na dwóch kie­run­kach + mia­łam zaję­cia z wykła­dow­ca­mi z innych wydzia­łów i nigdy nie usły­sze­li­śmy takich słów. Prze­ciw­nie, każ­dy zwra­cał się do nas z sza­cun­kiem.

  • Bar­dzo mi się to przy­da na naj­bliż­szy czas… :/

  • Ania, musia­łaś przejść swo­je. Ale może dzię­ki temu jesteś teraz bar­dzo świa­do­mą dziew­czy­ną, któ­ra pisze tak fan­ta­stycz­ne­go blo­ga. I myślę, że dzie­ląc się tymi doświad­cze­nia­mi, wie­lu oso­bom poma­gasz :)
    Swo­ją dro­gą, to wyglą­da jak jakiś obóz kon­cen­tra­cyj­ny, a nie stu­dia. Jaki jest sens w takim trak­to­wa­niu ludzi? Sza­cun, że prze­trwa­łaś.

    • Nie jesteś pierw­szą oso­bą, któ­ra nazy­wa to miej­sce obo­zem kon­cen­tra­cyj­nym. :)
      Też myślę, że nic nie dzie­je się przez przy­pa­dek i te doświad­cze­nia były po to, by nie spo­tka­ło mnie coś o wie­le gor­sze­go w przy­szło­ści. :)

  • War­to o sie­bie dbać zawsze. Kie­ro­wać się wła­snym dobrem. U mnie podob­ną sytu­ację wywo­łał stres zwią­za­ny z pra­cą oraz prze­pro­wadz­ką. Dobrze, że nie potra­fię zarwać nocy. Teraz w dodat­ku pil­nu­ję, by zdro­wo się odży­wiać oraz odpo­czy­wać.

    • Super, że Ci się tak uda­ło! :) Miłe­go stu­dio­wa­nia onli­ne!

  • Dałaś mi do myśle­nia. Ja co praw­da śpię prze­pi­so­wo, zdro­wo się odży­wiam i mam cza­sa­mi tro­chę cza­su na wła­sne przy­jem­no­ści (goto­wa­nie, czy­ta­nie itp ) ale i tak towa­rzy­szy mi nie­mal cią­gły stres i uczu­cie ciśnie­nia. Bar­dzo mi zale­ży na tym aby zdo­być sty­pen­dium i nawet stre­su­je się, że jak prze­sta­nę się stre­so­wać to stra­cę moty­wa­cję. :P

    • Stre­su­jesz się, że prze­sta­niesz się stre­so­wać? To mnie roz­wa­li­ło. ;P Kur­czę, no to uwa­żaj na sie­bie, żeby się nie prze­go­nić tak jak ja. Może jakaś joga, albo inne roz­luź­nia­ją­ce zaję­cia? :)

  • Zna­czy się, chy­ba powin­nam doce­niać swo­je leni­stwo :P Nauka owszem, waż­na, ale nigdy się nie dopro­wa­dzi­łam i chy­ba nie dała­bym się dopro­wa­dzić do sta­nu takie­go zwa­rio­wa­nia. Całe szczę­ście, że się z tego wyka­ra­ska­łaś.

  • cze­go czło­wiek nie jest w sta­nie zro­bić dla wykształ­ce­nia. Dobrze, że zwol­ni­łaś, bo co by się nie dzia­ło- zdro­wie zawsze musi być sta­wia­ne na 1 miej­scu, bo bez nie­go nie ma nic.

    • Fak­tycz­nie, dla wykształ­ce­nia czło­wiek jest w sta­nie wie­le zro­bić, do tego jesz­cze ta pre­sja spo­łecz­na, że jak się nie zda to wstyd itd.

  • Asia

    Poło­wę tych obja­wów mia­łam od dru­giej kla­sy liceum. Pozdra­wiam i pytam dokąd zmie­rza ten świat ;) Dla­cze­go ludzie teo­re­tycz­nie madrzej­si (nauczy­cie­le, wykła­dow­cy) nie wspie­ra­ją nas tyl­ko pogrą­ża­ją? Nie rozu­miem tego ;]

    • Może uzna­ją, że stres moty­wu­je?

  • Pamię­tam, jak opo­wia­da­łaś nam o tym na spo­tka­niu. Już wte­dy bar­dzo się tym prze­ję­łam, ten opis robi jesz­cze więk­sze wra­że­nie.
    W takich momen­tach cie­szę się, że mam w sobie coś z lenia. Jak śpie­wa­ją Gol­ce: “kto się ceni… ” ;) Pra­ca? Ok. Stu­dia? Ok. Zarwa­nie nocy? Sta­now­cze NIE.

  • Ola

    Dzię­ki za ostrze­że­nie, napraw­dę mnie teraz prze­stra­szy­łaś. Wyda­wa­ło mi się, że od zbyt­nie­go nawa­łu obo­wiąz­ków i zary­wa­nia nocek moż­na się­na­ba­wić co naj­wy­żej pod­krą­żo­nych oczu, bla­dej cery i sta­nu “zom­bie”. Cie­szę się, że nic poważ­niej­sze­go Ci się nie sta­ło i że z tego “stre­so­we­go zała­ma­nia” moż­na wyjść.

    • Oj, to ja rów­nież się cie­szę, jeśli tak myśla­łaś. Teraz przy­naj­mniej znasz skut­ki takie­go gonie­nia. :)

  • No pro­szę, nie wie­dzia­łem, że mia­łaś aż takie prze­bo­je, zanim pode­szłaś do tego roz­sąd­nie. Lepiej póź­no, niż wca­le:)

    • No widzisz. :) Nic nie dzie­je się przez przy­pa­dek, widocz­nie te wyda­rze­nia mia­ły mnie nakie­ro­wać na dobrą dro­gę. :)