Przepraszam, chyba Cię okłamałam.

Jakiś czas temu na Motywacyjny Mailing z Sesyjnego Poradnika odpisała mi jedna z czytelniczek dzieląc się swoimi problemami na uczelni. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo często rozmawiam z Wami o problemach na studiach. Dziewczyna napisała jednak zdanie, które bardzo mnie zaskoczyło.

 

 

Wiem, że piszesz głównie do studentów, „którym sie udaje” i trochę głupio mi nawet Ci odpisywać.

 

 

Byłam w szoku. Czy naprawdę piszę tak, jakbym pisała tylko dla studentów, ” którym się udaje”? Zawsze chciałam pomagać tym, którzy mają problemy, tak jak ja miałam. No właśnie, ale czy wystarczająco opowiedziałam Wam o moich problemach na studiach? Czy nie za dużo opowiadam o tym, jak teraz jest fajnie? Chciałabym, żebyście zobaczyli, że nie zawsze tak było.

 

 

Na pierwszy rok przychodzę pełna marzeń i nadziei. Trochę wystraszona, ale jednak podekscytowana. Pierwszą rzeczą, o której się dowiaduję jest to, że będę dzisiaj pisać test. Test ma zakwalifikować mnie do grupy lepszej lub gorszej językowo. Oczywiście staram się jak mogę. Czuję, że dam radę, że napisałam wszystko, co potrafię i że dobrze mi poszło. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, ile osób, które wcześniej mieszkały w Niemczech lub wręcz z Niemiec pochodzą, znajduje się na roku. Kiedy usłyszałam wyniki, potraktowałam je jak osobistą porażkę. Zostałam przydzielona do słabszej grupy. Uczę się niemieckiego od podstawówki, więc jestem do niczego, skoro po takim czasie nie potrafię dobrze napisać testu. Wszyscy w mojej grupie czuli się gorsi.

 

 

Na pierwszym roku prawie wyleciałam ze studiów. To nawet nie było w trakcie sesji. Chodziło o zaliczenie przedmiotu, który jest postrachem kierunku. Na mojej uczelni masz 3 terminy na zaliczenie kolokwium. Na tym przedmiocie prowadząca dawała 4 i wykorzystałam je do końca. Byłam naprawdę jedną z niewielu osób, które tego dokonały. Zawsze słyszałam, że na studiach trzeba ryć. Ryć po nocy i nie spać. I mimo, że w styczniu już powoli wkręcałam się w techniki szybkiej nauki, to nie znaczyło, że potrafiłam je stosować.

 

Przepraszam, chyba Cię okłamałam

 

W kolejnym semestrze przystępuję do zerówki. Tylko pogratulować, powiesz? No niekoniecznie. Jestem jedyną osobą, która tej zerówki nie zdaje. Jedyną. Jestem w szoku. Czy jestem tak beznadziejna? Czy ja się do tego nadaję? Czekając na tę nieszczęsną zerówkę dowiaduję się, że na szczęście zaliczyłam łacinę. Chociaż to z głowy. Czyżby? Tydzień później wesoło podchodzę do biurka po wpis, na miejsce wracam jednak z pustym indeksem. Nie zaliczyłam tego kolokwium. Koleżanka się pomyliła. Kilka osób pisze poprawę na tych samych zajęciach. A ja? Znowu jako JEDYNA przychodzę w lipcu. Teoretycznie po zamknięciu sesji. Zdaję łacinę w jakimś naciąganym terminie. Super.

 

 

Na początku napisałam o mojej „gorszej” językowo grupie. Wszyscy czuliśmy się źle. Dlatego wszyscy bardzo ciężko harowaliśmy, żeby dorównać osobom z drugiej grupy. Po czasie okazało się, że poziomy się wyrównały. Wykładowcy uznali, że moja grupa ciężko pracowała, a kilka osób z tych, które zostały pochwalone na początku, osiadło na laurach. Mój poziom języka się zmienił, bo bardzo tego chciałam i zawzięcie dążyłam do celu. Czytaj: zapie**alałam.

 

 

Nic nie dzieje się z dnia na dzień. Jednak wyznaję zasadę, że jeżeli dzisiaj będę lepsza od siebie z wczoraj o 1%, to po 100 dniach, będzie to 100%. Nie znałam się na szybkiej nauce od zawsze, a stopniowo wprowadzałam poznane techniki. Popełniałam dużo błędów. Na błędach najlepiej się uczy. I zawsze byłam uparta. Nieważne, czy chodziłam na poprawki we wrześniu, czy zdawałam kolokwium na 5, nigdy nie odpuszczałam. Zawziętość to coraz rzadziej spotykana cecha. Chcemy szybkiej rozrywki, szybkich informacji i chcemy szybko osiągać cele. Mam głęboką nadzieję, że tego bloga czytają też osoby, którym się nie udaje, bo jeśli nie, to jestem najgorszym przypadkiem z Was wszystkich. ;)

 

 

Na zakończenie mam ogromną prośbę! Napisz o sytuacji, w której się NIE UDAŁO. Nie bądźmy tacy perfekcyjni. :)

Do następnego czytania!

Ania

 

 

Ten temat poruszałam jeszcze w:

Nie urodziłam się geniuszem.

  • Anna Martynenko

    Porażki w niektórych przypadkach są tak potrzebnym bodźcem, ale kiedy dużo pracujesz i na drobnych albo dawno, wydawałoby się, zrozumiałych i oczywistych rzeczach zatrzymujesz się ponownie, bo wiadomo, głowa to nie dysk twardy, by wszystko móc wepchnąć i utrwalić…Ale nie tracę nadziei i poruszam się do przodu, ciągnę za sobą lub na sobie ładunek wiedzy i z namiętnością uczę się czegoś nowego bez zaprzestania. Dziękuję Ci za ten post, twój blog naprawdę daje mi gorący i uspokajający łyk ulgi i opinii znającej się na tym osoby. Odczuwam tę potrzebę dalszego rozwoju, ale czasami czuję się tak zmęczona, że ogarniają mnie melancholiczne myśli. Może masz jakąś radę na to, jak się uczyć tak, by nie przesadzić? Dzięki z góry:)

  • Pati

    Teraz jestem na 2 roku Budownictwa, ale mój pierwszy rok nie był pasmem sukcesów.
    Nie zaliczyłam żadnego modułu, z mechaniki, która jest zdecyowanie wiodąca na moich studiach. Musiałam wziąć warunek. Dodatkowo nie zaliczyłam parę zaliczen i miałam poprawki w sesji poprawkowej. To był istny dramat, płacz, podcięte skrzydła. Ale przeszłam na drugi semestr. Niestety w drugim semestrze nie zdałam wytrzymałości. Uczyłam się cały wrzesień do poprawy, a dał takie zadania, których nigdy nie widziałam. Oczywiście 2… Liczba ECTS przekroczona o 3 punkty. Nie zdany pierwszy semestr, na horyzoncie wylot ze studiów. Składałam wniosek o egzamin komisyjny. Dostałam jako jedna z 4 osób na 60 wniosków. Cud. Zaliczyłam na 3.5 z drżącą ręką i 15 krotnym zawałem na egzaminie. Jest, udało się. 3 semestr. W 3 semestrze spięłam się i zdałam wszystko w pierwszym terminie i zdałam warunek. W końcu liczba ECTS pełna. Ostatni egzamin. Niezaliczony. Mechanika. Poprawa z mechniki jutro. Mam nadzieję że się uda. Niestety droga na studiach jest kręta i wyboista. Ale wiem, że to kierunek dla mnie. Od zawsze chcialam iść na budownictwo :) Po prostu nie można się poddawać. W 3 semestrze byłam już zdecydowanie bardziej spokojna.
    Mój chłopak jest teraz na 1 semestrze budownictwa. Ma przetarte szlaki i we wszystkim mu pomagam, więc ma o wiele łatwiej. Ale też miał porażkę, bo zabrakł mu 1 pkt żeby zdać ustną mature z angielskiego. Więc był rok w plecy.

    A propo podcinania skrzydeł.
    Kurcze, tak strasznie mi było przykro, kiedy na egzaminie ustnym z angielskiego, jedna Pani z komisji nakrzyczała na mnie, że zupełnie się nie przygotowałam, że to skandal że mam tak niski poziom słownictwa i, że jestem beznadziejna, bo nie znałam jednego kluczowego słowa w pytaniu ogólnym. W dodatku byłam chora i ledwo sie trzymalam na nogach. Tak strasznie podcięło mi to skrzydła, bo zawsze wydawało mi się, że jestem dobra z angielskiego. Zawsze wszędzie miałam wysoki poziom języka, dobre oceny. Na studiach też byłam w jednej z najlepszych grup językowych. Miałam 5 z ćwiczeń. A tutaj taka opinia od osoby, która nigdy wcześniej mnie nie widziała i nie znała. Od tamtej pory mam straszną bariere językową. Nie umiem sobie z tym poradzić. Nie mogę wydusić z siebie słowa po angielsku. Mam wrażenie nawet, że jak czytam coś po angielsku to mniej rozumiem.

    Pozdrawiam cie Aniu i wszystkich czytających :)

  • Aga

    Ja mam taki chwilowy mur- pracuję w zawodzie, poszłam na studia II stopnia niezbędne mi do kontynuacji pracy… No i nie zdałam przedmiotu prowadzonego przez panią dziekan. Na drugim terminie napisałam jedno zdanie, tak bardzo nie mogłam tego wykuć. Na początku załamka, chęć przeniesienia się na prywatną uczelnię, ale teraz… Napisałam podanie o warunek i będę próbować za rok. Nie ma się co załamywać- może to zmotywuje mnie do cięższej pracy?

    • Pati

      Warunek to nie koniec świata. Dla mnie był, ale potem się pozbierałam i na powtórce rok później dostałam dobre oceny w 1 terminie :)
      Pozdrawiam serdecznie

  • Nika

    Studiuję dopiero od pół roku w Niemczech (mieszkam tu od 9 lat) i zawsze miałam wątpliwości, czy dam radę z powodu bariery językowej. Szczerze mówiąc, gdy chodziłam do Realschule, to wszyscy mnie chwalili, że szybko się uczę i miałam naprawdę dobre oceny. Dlatego potem poszłam do Gymnasium, pisać maturę, i to był prawdziwy szok. Musiałam powtórzyć dziesiątą klasę, bo przyszłam z „niższej” szkoły. Zdałam, ale już z o wiele gorszym wynikiem. Jedenasta klasa była porażką, i mimo że przeszłabym dalej, miałam tak fatalną średnią, że zdecydowałam się powtórzyć klasę ze świadomością, że gdy w ciągu następnych dwóch lat coś pójdzie nie tak, to nie będę już miała prawa do ponownego przystąpienia do matury. Zawsze porownywałam się z tymi najlepszymi uczniami, co mnie dodatkowo dobijało. Przecież ja kiedyś też byłam jedną z najlepszych! Ponadto moja (znienawidzona) wychowawczyni nawet mi powiedziała, że nie rozumie mojej decyzji, no bo pewnie i tak nie dam rady się poprawić. Gdy zaczęłam nowy rok szkolny, dostałam najsurowszego gościa jako wychowawcę i myślałam, że to koniec. Ale… dałam radę. Zdałam maturę i to nawet z lepszym wynikiem niż ten, którego się spodziewałam :D No i zadałam rozszerzony niemiecki w Niemczech! Przed maturą bardzo się wahałam, czy iść na studia, bo matura mnie prawie wykończyła. Ale na szczęście dostałam się od razu na wymarzony kierunek i język naprawdę mi w niczym nie przeszkadza, profesorzy nawet nie mają pojęcia, że po niemiecku mówię dopiero od kilku lat. W ogóle mam wrażenie, że studia są łatwiejsze od niemieckiej matury. Ale porażki nadal się zdarzają. Zdałam wszystkie egzaminy, oprócz jednego, bardzo ważnego. Poprawić mogę dopiero w lipcu i trochę się boję. Ale szczerze mówiąc twój tekst bardzo mnie uspokoił! I przejmuję się tak trochę mniej :) dzięki Aniu!

    • To ja dziękuję za ten komentarz! :) Nie spodziewałam się, że przeczytam tu TAKIE historie! Dziewczyno! Wymiatasz! Dobrze wiem, że wielu Polaków czy w ogóle obcokrajowców w Niemczech nie zdaje matury, tylko zazwyczaj kończą Realschule. Poza tym, jak mówisz, że Niemcy nawet nie zauważają, że od niedawna mówisz po niemiecku… szacun! Możesz, ach! Musisz być z siebie mega dumna! Trzymam kciuki za ten egzamin, chociaż jak dla mnie już zrobiłaś wiele! <3

  • Lore Art

    Często słyszę od znajomych z roku, że mi się udaje (i nie powiem jeszcze w zeszłym tygodniu twierdziłam, że prowadzę w 100% satysfakcjonujące życie)- bo mam pracę, którą lubię, w wieku 21 lat zaczynam już pracować w branży w której się kiedyś widzę, kończę studia, podróżuję, kasa w portfelu się zgadza. W zeszłą niedzielę organizm postanowił pokazać mi, że wypracowywanie w miesiącu prawie 180h w pracy, łączenie tego z dziennymi studiami (na szczęście w tym semestrze IOS), kwalifikacyjnym kursem zawodowym, siłownią i elementarnymi próbami życia (związek na odległość)- przerasta jego możliwości. Ostatni tydzień był dla mnie istnym koszmarem bo po ostatniej niedzieli, gdy żołądek odmówił mi posłuszeństwa jestem zmuszona do diety składającej się z nabiału, sucharów i bananów z stopniowym wprowadzaniem jedzenia normalnego.

    W tym tygodniu doszłam do wniosku, że moją porażką było przecenienie własnych możliwości i wzięcie na siebie za dużo. Trochę się boję, że wszystkiego nie ogarnę, ale co gorsza- nie bardzo mam jak z czegokolwiek zrezygnować i boję się, że przepadnie wszystko. Jednak co nas nie zabije to nas wzmocni i chyba gdzieś w głębi duszy wiem, że dam radę. Jak nie my to kto? ;) Koniec końców chodzi o to, aby porażki przekuwać w sukcesy.

    • Pięknie powiedziane! Znam to, kiedy wydaje Ci się, że możesz wszystko, to oczywiście zdrowie musi pokazać, że niekoniecznie. Ale to chyba dobrze, że czasem daje nam o sobie znać, bo może bez takich wyskoków szybko byśmy się zaharowały…

  • Logika. Przedmiot roczny. Jedną z kartkówek, które mieliśmy raz na miesiąc, poprawiałam 5 razy. Naprawdę, miałam wspaniałego prowadzącego, że mi na to pozwolił.

  • Ahhh, uwielbiam to Twoje NORMALNE podejście do studiowania! ;) Szkoda, że tak późno Cię odkryłam! :) Ale dzięki temu, na podyplomówce jestem już całkowicie wyluzowana i absolutnie nic nie musi mi się udawać :)

  • Na pierwszym roku nie zdałam przedmiotu Doktryny polityczno-prawne, jak wiele innych osób. Na poprawę uczyłam się jak poj*bana i umiałam każde zagadnienie jakie tylko wystąpiło na zajęciach. Szanowna Pani profesor na ten poprawkowy egzamin spóźniła się 2 godziny, przez co stwierdziła, że da nam tylko 3 pytania zamiast 4 (żeby było szybciej), przez co procenty jakie trzeba było zdobyć i prawdopodobieństwo zdania poleciało na łeb na szyję – trzeba było odpowiedzieć poprawnie na wszystkie pytania, bo inaczej nie dostawało się wymaganej liczby punktów. Odpowiedziałam poprawnie na wszystkie pytania – z jednym mały, malutkim wyjątkiem – zamiast scharakteryzować cesarstwo wschodnie, ja napisałam o cesarstwie zachodnim. Nawet nie zwróciłam uwagi na to przeoczenie, tak się wciągnęłam w pisanie jak najlepszej odpowiedzi, że wyszło mi 6 stron całego egzaminu.
    Tydzień później patrzę – w usosie – DWA. JAK TO?! Przecież napisałam wszystko, wszystko co się dało! Idę na dyżur, a profesor do mnie: „Jak pani nie potrafi polecenia przeczytać to nie mogę pani zaliczyć tego przedmiotu”. I warun. Byłam wściekła na siebie i na nią, bo przecież widziała, że to błąd z nieuwagi, ze stresu. Byłam tym podłamana całe wakacje, ale później zdałam. Na 3, bo 3, ale zdałam.

    • Wyobrażam sobie Twoją złość. Najgorzej jak już na nic nie da się zrzucić winy, tylko czuje się, że samemu popełniło się błahy błąd. Dobrze, że udało się później zdać ten przedmiot. :)

  • Na magisterce miałem 3 przedmioty u tego samego prowadzącego – po jednym na pierwszym, na drugim i 1 na trzecim semestrze. Na pierwszym wykorzystałem wszystkie (4) możliwe terminy i nie zdałem. Wziąłem warunek. Na drugim załapałem się dopiero na trzeci termin i też nie zdałem. Utworzono grupę pościgową. Oznacza to, że na trzecim semestrze miałem 3 przedmioty u tego samego wykładowcy, u którego nie zdałem jeszcze ani jednego egzaminu.

    Zawziąłem się i ryłem teorie, które były tak abstrakcyjne, że pewnie sami autorzy nie do końca je rozumieli. Przyszła sesja i jeden przedmiot zdałem w pierwszym zdałem w zerówce, drugi w pierwszym terminie, a trzeci… z trzeciego mnie wyrzucił bo nie miałem zaliczenia ćwiczeń. To był moment, kiedy chciałem rzucić studia… na pół roku przed ich ukończeniem. Ale zaliczyłem ćwiczenia, poszedłem na ostatni termin, a tam takie pytania, że ugięły mi się w pierwszej chwili kolana. Na szczęście przez ten ostatni semestr byłem u gościa na prawie każdym wykładzie i tylko dzięki temu udało mi się w głowie odszukać odpowiednie wyjaśnienia.

  • Kinga

    Dla mnie w ogóle pierwsza sesja było jak walnięcie w mur. Całe życie nie musiałam robić prawie nic, żeby mieć 5 i 6, a tutaj… trzeba się uczyć? Jak to? Jakoś to pozdawałam, ale źle się czułam z tym, że tak sobie „bimbam”. Potem poznałam mojego chłopaka, który bardzo ciężko pracował, żeby zmienić tryb studiów. Zajęło mu to 3 lata, ale nie poddał się. Motywował mnie bardzo do nauki, ileż mieliśmy kłótni o to, że on woli żebym uczyła się do egzaminu, niż żebym do niego wpadła! Jednak moja ambicja mnie przerosła, na drugim roku – strasznie ciężka sesja. Miałam małe załamanie nerwowe, cały kolejny rok byłam zdołowana i zniechęcona, bo uznałam, że to jednak nie dla mnie, a co ja mam po 3 latach? Zmarnowane 3 lata, bo to studia jednolite… Na domiar złego przyszedł „postrach studiów”, ogromna kobyła do nauczenia w semestr. Uczyłam się prawie 4 miesiące, ręka mi odpadała od notatek, czasem kładłam się spać o 6 rano… i uwaliłam przedtermin. 4 miesiące nauki. 600 stron podręcznika. 3 wielkie ustawy. Koczowanie na wydziale od 5:30 żeby zająć kolejkę na egzamin o 11:00. A ja nie umiałam powiedzieć słowa na pierwsze pytanie. To mnie przekonało, że się nie nadaję… A potem zdałam tę kobyłę, wyluzowałam, nie zarwałam już od tamtej pory ani jednej nocki. Poszłam na praktyki, gdzie okazało się, że to jednak zawód dla mnie i mega się wkręciłam.

    To nauczyło mnie, że czasem trzeba dać sobie czas, odpuścić trochę jeśli czujemy wypalenie, mimo presji innych. Spróbować czegoś nowego, zainteresować się głębiej tematem, żeby znów znaleźć motywację. I nie zrażać się porażkami, tylko podnieść, otrzepać i iść dalej. :)

    • Zastanawiam się, ilu wykładowców zdaje sobie sprawę z tego, jak wielu studentów ma problemy nerwowe w trakcie studiów. Bardzo inspirująca historia, chociaż zdaję sobie sprawę, że okupiona ciężką pracą. Nie słyszałam nigdy o kimś, kto tak wcześnie wstawałby zająć kolejkę! Gratuluję zdania tej kobyły z całego serducha! ;)

  • My na roku mieliśmy „Mózga”, gościa, który wymiatał po prostu, każdą datę pamiętał, wszystko wiedział. I na kolosie z logiki zdobył 0,5 pkt (słownie: pół punkta) na 20 możliwych bodajże. Jeżeli przed tym kolokwium byliśmy wszyscy przygnębieni, że w życiu mu nie dorównamy i z czym do ludzi, to później było już jakoś lżej :D

    • A może to była jakaś osoba z lekką odmianą autyzmu? Miałam takiego chłopaka kiedyś wśród znajomych, świetnie liczył ogromne cyfry, ale z innych przedmiotów leżał. :)

  • Iza

    Moja największa porażka było to, gdy zabrakło mi 2 pkt przy rekrutacji na wymarzony kierunek. Całe wakacje spędziłam w stresie ale nie odpuszczałam, dzwoniłam na uniwersytet, jeździłam to do dziekanatu to do OKE by sprawdzić mature i doszukać sie dodatkowych punktów. I znalazłam, doliczyli mi jeden punkt. Myślałam ze sie uda, ze teraz sie dostanę, ktos zrezygnuje a ja wejdę w jego miejsce przecież jestem pierwsza a brakuje mi teraz tylko jednego punktu. Nie udało sie, na uczelni najpierw zgubili moje odwołanie a potem pod koniec września powiedzieli, ze jest juz za późno, mimo ze ktos zrezygnował i maja wolne miejsce nie przyjmą nikogo bo „czas rekrutacji juz minął”. Poszłam na inny kierunek, zdałam sesje w pierwszym terminie ale i tak nie mam zamiaru odpuścić. W maju znowu podchodzę do matury z nadzieja poprawienia wyniku by tym razem nie znaleźć sie na liście rezerwowej. Jednakże cała ta sytuacja bardzo „podcięła” mi skrzydła i sprawiła ze czuje sie gorzej od innych bo oni dostali sie na wybrane kierunki a ja nie dałam rady.

    • Po pierwsze gratulacje dla takiej determinacji! Rozumiem, że Ci to podcięło skrzydła. Z osób, które znam i które mają jeden rok w plecy większość uznaje, że to po coś było. Na przykład mój chłopak mógł mnie poznać. ;D Trzymam kciuki za powtórkę matury! :*

  • A.

    po maturze poszłam na bardzo ciężkie studia, pierwszy rok – 3 warunki, a reszta zdana ledwo ledwo w drugich terminach. poszłam na drugi rok i w mistrzowski sposób uwaliłam cały rok – zdałam tylko 3 przedmioty z 9. powtarzałam drugi rok, ale w sesji poprawkowej zimowej powiedziałam sobie dość. studia wykończyły mnie psychicznie – wcześniej zawsze byłam jedną z najlepszych uczennic, nigdy nie musiałam poświęcać zbyt dużo czasu na naukę (szczególnie przedmiotów ścisłych) i nagle BOOM. trzeba było dorosnąć i zrozumieć, że już nie jest tak łatwo, że nie zawsze dając z siebie 300% osiągnie się to co chce. szczególnie wtedy, kiedy tak naprawdę Ci nie zależy, nie masz do tego serca. to nie były studia dla mnie, nie czułam tego, szybko przestałam to nawet lubić. tylko osoby, które całym sercem kochają fizykę, „żyją i oddychają” fizyką są w stanie skończyć te studia. ja nie zaliczałam się do tych osób, zmarnowałam 3 lata życia. poszłam na kierunek, na którym zastanawiałam się na początku, ale nie dostałabym się nigdzie na dzienne studia (mówię o trochę lepszych uczelniach). wybrałam studia zaoczne, na prywatnej uczelni (z powodu bardziej praktycznej wiedzy, jaką przekazują wykładowcy. miałam dość akademickich smętów, które na nic się nie przydadzą) i bardzo szybko się odnalazłam. moja samoocena wystrzeliła w górę, kiedy po pierwszym semestrze jestem najlepszą studentką na roku. zdałam na 5 trzy przedmioty, z których zdawalność była na poziomie od 10% do 30%. chodzę dumna jak paw, nie dlatego, że mam dobre oceny, tylko dlatego, że w końcu czuję, że mój wysiłek jest nagradzany. nawet tymi nic nie znaczącymi ocenami. mam ogromny zapał do nauki, bo w końcu uczę się tego co chcę. w końcu znowu jestem szczęśliwa, nie chodzę jak zombie.

    tak naprawdę nic nie jest porażką, jeżeli wyciąga się z tego jakąś lekcje. ja dostałam ogromną lekcje pokory, ale dzięki temu odzyskałam radość z życia :)

    • Nie wiem, czy to zabrzmi dziwnie, ale to piękna historia. Jesteś pięknym przykładem tego, że zmiany są dobre. I w dodatku, że każdy jest dobry w czym innymi. Taki kontrast u Ciebie! Super się ułożyło, mocno Ci gratuluję. :) Możesz być z siebie bardzo dumna! <3

  • Co roku cyklicznie zawalam maturę, podchodzę, do tego z taką paniką, że nie mogę tego zdać. Boję się, że jak już zdam i pójdę na studia, to cyklicznie będę oblewać.

    • Całą czy chodzi o jakiś konkretny przedmiot?

      • O angielski konkretnie. Reszte ponieważ była pisemna to zdałam.

        • A który raz będziesz podchodzić do tej matury? Chodzi o to, że stres Cię tak zjada, czy są jeszcze jakieś powody? :)

          • 4 raz podchodzę, i tak stres mnie zjada, mimo, że wiem, że umiem, to mimo to, nie jestem w stanie wydukać poprawnie zdania po angielsku.

            • Na pewno jesteś świetnie przygotowana. Może chcesz jakieś książki o tym, jak radzić sobie ze stresem? Teraz czytam fajną „O 10% szczęśliwszy”, w sumie o tym, jak pokonać krytyczny głos w głowie. To dość ważne, myślę w takiej sytuacji jak Twoja. :)

              • Nie jestem pewna, czy umiem, z takich książek korzystać ;)

  • Studia na które poszłam to był właściwie nie do końca mój pomysł. Weszłam do dziekanatu złożyć komplet dokumentów, a pani do mnie z tekstem „ooo następna na ten kierunek. I tak 50% z was WYPIEPRZYMY po 1 semestrze”. Tak się złożyło, że z tą właśnie panią miałam jedne zajęcia – 20 kolokwiów w odstępach tygodniowych, na każde książka ok. 500-700 stron. Z innych przedmiotów z turbulencjami, ale jakoś przechodziłam, tutaj – przysłowiowy beton. Do jednego z kolokwiów podchodziłam 13 razy, ostatecznie zdałam je rano, w dzień egzaminu – który uwaliłam, mimo że byłam obryta chyba ze wszystkiego. Na szczęście opamiętałam się, że to nie jest to co chcę robić i zostawiłam te studia w cholerę. Na odchodne usłyszałam od pani tylko „Teraz pani odchodzi? Jak już panią nawet przecinków z podręczników nauczyłam?”. Życzyłam kobiecie miłego życia i oby nigdy więcej :D

    • Jejku, jak ja nienawidzę takich wykładowców. Problemy emocjonalne leczy się u psychologa a nie wyżywa się na studentach… Oni są po to, żeby przekazywać wiedzę, a nie prowadzić swoje gierki.

  • Jestem w prawie najgorszej grupie angielskiego. Metafora na polskim pisałam oddzielnie, a kiedyś w swoim tekście znalazłam sześciesiątkę. W zadaniu z chemii mam obliczyć liczbę moli wziętych do reakcji i wynik wychodzi ujemny. A, jeszcze zarówno na angielskim jak i na francuskim mam beznadziejną wymowę. Jej, ciekawe, co odwalę na studiach.

  • Agata M.

    Super tekst, ale dusza matematyka płacze, bo po 100 dniach bedziesz umieć więcej niż 100 procent:)

  • Magda

    Na pierwszym roku drugiego kierunku uwaliłam egzamin z pewnego przedmiotu, który totalnie nie jest nam do niczego potrzebny, a wykładowca z uwalania ma ewidentną frajdę. Na drugi termin niby się coś uczyłam, ale nie ukrywam, że większość egzaminu napisałam na ściągach. Jak zobaczyłam 3= w indeksie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, gdybym nie zdała tej poprawki prawdopodobnie zrezygnowałabym ze studiów twierdząc, że jestem za głupia. :D

  • Joanna K

    Ja mimo tego, że moje studia lubię bardzo, dużo czasu spędzałam w laboratorium na wolontariacie itd, to praktycznie w każdej sesji miałam mimimum 50% poprawek. Nie ważne czy siedziałam nad jakimś przedmiotem 1 dzień czy 1 miesiąc (pamięciówki to niestety nie jest moja mocna strona). I kiedy wszyscy już mieli ferie, to ja przez 3 lata zmagałam się z sesjami poprawkowymi.

    Ale najgorszy egzamin miałam w sesji zimowej na trzecim (ostatnim) roku. Immunologia. Mega ciężki u mnie przedmiot, do tego kilka równie trudnych do zdania w tym samym czasie. No i poległam. Do poprawki kułam ostro całe 2 tygodnie,nie wychodząc nigdzie z domu, zarywając nocki itd. I znów to samo. Dwója. Nie mogłam podejść do obrony, a praca już napisana i złożona w dziekanacie. Zgodnie ze statutem mamy prawo do 2 terminów dodatkowych przed dodatkowymi terminami obrony, czyli we wrześniu. A tu prowadząca się nie zgadza. Chodzimy, prosimy nic. Szanowna pani profesor, której każdy na wydziale boi się zaleźć za skórę. Obiło się o dziekana, groziło podaniem do rektora. W końcu wyznaczyła termin. Kolejny miesiąc wakacji wyjęty z życiorysu. Nauka już ne tylko z notatek własnych, książek polecanych, ale i kursy online z imunologii, filmiki na youtube (swoją drogą świetne, genialnie tłumaczą). Ale niestety, poprawki nie zdał nikt. Miałam w zasadzie najwyższy wynik, 5/15 pkt… Potem od innych prowadzących na wydziale słyszeliśmy, że to z zemsty, że jej kazali zrobić dodatkowy termin, żeby nie prosić o kolejny i nie robić sobie większych problemów… I skończyłam z rokiem w plecy. Żeby nie było mi tak smutno, nazwałam go sobie roboczo „gap year”. To brzmi trochę przyjaźniej.

    Dowiedziałam się we wrześniu o tym, ze nie mogę się bronić i rekrutować na mgr. Zaczęłam szukać innych opcji. Pomyślałam o Erasmusie. A konkretnie o praktykach w ramach Erasmusa na 5 miesięcy. Już teraz uważam, że to najlepsze co mogło mnie spotkać, bo pewnie bym się nie odważyła zostawić wszystkiego w Polsce i wyjechać, gdzyby nie ta sytuacja. Właśnie mija mi drugi miesiąc za granicą i jestem mega zadowolona. A w czerwcu wracam i mam nadzieję w końcu za czwartym razem zdać ten egzamin. Często przeglądam moje notatki i szukam dodatkowych kursów online.
    Także zawalony egzamin tuż przed obroną to jak widac nie musi być koniec świata ;)

    • Ja co prawda na zaocznych ale też mam niedługo zdawać immunologię i coś czarno to widzę :/

    • Opowiedziałam Twoją historię na snapie, tak mi się spodobała. :p Bardzo mi imponuje to, że potrafiłaś znaleźć pozytywną stronę tej sytuacji i że nie użalasz się nad sobą. :) Udanego Erasmusa! <3

      • Joanna K

        Dziękuję! Tobie też udanego wyjazdu do Włoch!
        Moje wielki marzenie, ale jeszcze nie na teraz… ;)

  • Nie zdałam egzaminu z przedmiotu, który zdali nawet ludzie, co to na wykładzie byli dwa razy i do książki zerknęli raz. Ba, egzamin był specjalnie łatwy, bo u mnie wykłady są z zasady dość proste. Najgorsze było potem przekonywanie tych wszystkich ludzi, którzy nie chcieli mi wierzyć „Jak to, ty nie zdałaś?” :D A poza tym nie mam prawa jazdy. Nigdy nie podejrzewałam, że po miesiącu kursu nadal nie będę w stanie samodzielnie ruszyć z miejsca :D Kurs skończyłam i nigdy nie podeszłam do egzaminu, spróbuję w kolejnym życiu. Jak ja coś zawalam, to zawsze na 100% :D

  • Olanda

    Jeszcze tylko jeden egzamin (poprawkowy) dzieli mnie od możliwości powiedzenia z lekkim sercem „zaliczyłam pierwszy semestr”. Było ciężko, a dookoła słyszę głosy ludzi z wyższych roczników „pff, pierwszy semestr jest najłatwiejszy”.
    Pierwsza sesja kosztowała mnie wiele nerwów, pomimo tego że nie chciałam się stresować. Siedziałam prawie cały tydzień z matmą, żeby zaliczyć kolokwium przynajmniej na 4 i mieć spokój z egzaminem. Oczywiście nie wyszło.
    Na pierwszy sesyjny odstrzał poszła fizyka. Miałam ją rozszerzoną już w liceum, dlatego łatwiej było mi się przygotować do egzaminu. Na samym egzaminie odetchnęłam z ulgą, ponieważ dostałam pytania na które znałam odpowiedzi. Nawet nie wiecie jakie było moje zdziwienia, kiedy zobaczyłam ocene 2… Teraz szykuję się na poprawkę :) Trzymajcie kciuki :)

  • Adriana J. A. Kern

    Ziemia zatrzesla mi sie 2 razy pod nogami.

    Raz na maturze, gdzie z matematyki wylądowałam na trzech punktach (5pkt to minimalny warunek do zdania przedmiotu, 15pkt to maksymalna ilość) i tylko cudem uzyskalam dokładne minimum z pisemnych egzaminów, zeby się przedostać na druga stronę. Egzamin ustny miał sprawić, że miaj średnia bedzie optymalna. Wybralam solidny temat („Jaki wplyw na obalenie komunizmu miał Jan Paweł II?”).
    Przygotowywałam sie już na tygodnie przed egzaminem i bylam pewna ze się uda. „Przemiła” pani z komisji zniszczyła mnie pytaniami tak specyficznymi, że ostatecznie dostalam tylko 8pkt.

    Drugi raz, gdy okazało się, że przez rok bylam „w zawieszeniu” i nie miałam ani miejsca na studiach, ani w szkole. Przez pół roku mój dzien zaczynal sie o 14, wstawalam, szlam pod prysznic i mialam przysłowiowy „fajrant”.

    Wszystko zaczęło sie ruszać dzięki mojej siotrze, która przekonala mnie zebym zaczęła praktyki w przedszkolu, gdzie sama pracuje. Od tamtego momentu wszystko potoczylo sie lepiej i wylądowałam w „mojej” firmie. Jednak wszystko zaczęło sie z turbulencjami.

    (Pomine epizod z Polski, gdzie drugą klasę gimnazjum zakonczylam bez promocji :3)

    • Czyli wszystko składnia się ku „happy endowi”? :)

      • Adriana J. A. Kern

        Jak na razie, na to wygląda ;)

        Chyba, że w pracy dopadnie mnie taki dzień, jak w piątek to chyba rzuce to wszystko w cholere i zostanę pustelnikiem ;D

  • Magda

    W zeszłym roku w sesji letniej uwaliłam dwa przedmioty – akurat te, z których lubiłam wykłady i, jak mi się wydawało, przykładałam się do nauki. Jeden z nich udało mi się poprawić na 3. Z drugiego mam waruneczek. No cóż, a chodziłam nawet na ćwiczenia z tego przedmiotu, chociaż prowadzący uznał je jako dobrowolne i nie sprawdzał obecności.

    Oczywiście nie były to moje pierwsze poprawki (na szczęście warunek pierwszy :D), do tej pory co semestr miałam po jednej – dopiero w tym udało się wyjść na czysto (no, poza tym warunkiem, który będę zaliczać w najbliższym semestrze, trzymajcie kciuki!).

  • Just M.

    Jestem po pierwszym semestrze (już taka doświadczona xD) i z czystym sumieniem mogę powiedzieć,że się udało :D ale było ciężko. Największą porażką był jeden przedmiot z którego byłam pewna że zdam i nawet uniknę egzaminu (była taka możliwość), a na koniec semestru okazało się że ledwo załapałam się na egzamin dla najsłabszych. Wtedy zwątpiłam (ahh te czasy szkolne i same 4 i 5 na koniec), ale ogarnęłam się i jakoś zdałam. Dla tych którzy mają dodatkowe terminy lub muszą coś jeszcze zdawać – powodzenia.

    • Dziękujemy! :) To takie typowe, też byłam tą, która z niemieckiego miała piątki na koniec a potem na studiach szok. To chyba tak zawsze jest. :)

  • Luna

    Cóż całkowicie olałam poprzedni (letni) semestr nie zdałam dosyć sporo przedmiotów. Tutaj przyznam się bez bicia, była to moja wina ;) I musiałam podjąć dla mnie ogromnie ważną decyzję, otóż byłam zmuszona wziąć dziekankę. Przez chyba tydzień płakałam po nocach, z tego powodu. W tym semestrze było trochę lepiej, starałam się i w ogóle, mimo to kilku kursów nie zdałam(chciałam robić dziekankę aktywną-chodzić na kursy powtórkowe oraz bieżące), tym razem przeceniłam swoje siły. Więc ostatecznie musiałam zdecydować się na robienie wyłącznie kursów powtórkowych i wszystko przesunie się o rok. I chyba ukrywanie tego faktu przed znajomymi jest dla mnie największą porażką :(

    • Dużo historii, które tutaj zostały opisane w komentarzach pokazuje, że takie przerwy wychodzą często na dobre, więc mocno kibicuję Ci i życzę, żeby też Ci do wyszło na dobre! :*:)

    • iGraGitara

      Jeśli mogę, to dam Ci radę, bo byłam w podobnej sytuacji (tylko chyba trochę gorszej, bo ja miałam dwa lata w plecy, nie chcę tu wnikać w powody, bo to nieistotne) – ukrywanie takiego czegoś jest o wiele gorsze i o wiele trudniejsze, niż przyznanie się i zniesienie reakcji ludzi, którzy to usłyszą. Uwierz mi na słowo – nic mnie tak nie wymęczyło, nie zniszczyło psychicznie i nic mi tak nie odbierało sił w tamtym okresie, jak ukrywanie prawdy. Dałam radę to ukrywać przez dwa lata i to tak, że nikt (włącznie z rodzicami i chłopakiem) się nawet nie zaczął domyślać, ale gdy w końcu postanowiłam się przyznać, to wielki kamień spadł mi z serca, mimo początkowego podśmiewania się znajomych i przedrzeźniania, dopiekania rodziców. Nie poczułam się całkiem wolna (bo moja sytuacja wciąż była bardzo zła, nie ma co się oszukiwać), ale o wiele łatwiej było mi znieść tę sytuację, gdy już nie musiałam kłamać, ukrywać i wymyślać odpowiedzi na to jak mi idzie pisanie pracy, co będę robić po studiach bo to już zaraz, i tak dalej – podczas gdy w głowie miałam jedynie to, że nie dość, że już zawaliłam, to jeszcze szykuje się kolejne zawalenie a do tego muszę udawać, że jestem pochłonięta robieniem badań do pracy i podekscytowania perspektywą szybkiego i uroczystego odebrania dyplomu. Naprawdę nie polecam – o wiele łatwiej mierzyć się z kłopotami tego rodzaju, gdy nie udaje się, że jest się lepszym niż w rzeczywistości i że doskonale sobie radzi ze wszystkim. Nie twierdzę, że ktoś Ci pomoże, albo Cię pocieszy – możliwe, że tak nie będzie (ja nie liczyłam na wsparcie i słusznie, bo się go nie doczekałam – wręcz przeciwnie), ale i tak o wiele łatwiej było mi po tym, gdy przestałam ukrywać porażkę. Tak czy siak trzymam kciuki i odwagi życzę… :)

  • eV

    Z mojego „nie udało sie” wyszedł y podobnej długości wpis, jeśli nie dłuższy. Ja jestem z tych, którym wiecznie brakuje pół punkta. Nie ściągam, chodzę na wszystkie wykłady a potem przez jakieś małe gówno brakuje mi ułamka punkta do stypendium. Socjalne też zawsze przekraczam. Moja przygoda z paroma przedmiotami to śmiech przez łzy. A przez to zapierdzielanie co wizyta u lekarza to odkrywana jest jakaś kolejna moja choroba. Po prostu świetnie.

    • A ja myślałam, że Ty właśnie jesteś z tych, którym się udaje! No popatrz, jakie błędne można mieć wrażenie. Ale jak widzisz, pojawiło się już kilkadziesiąt komentarzy z różnymi historiami, w których się nie udaje, więc nie jesteś jedyna. Swoją drogą coś wiem o tych „połówkach”. ;)

      • eV

        Myślę, że takie są już studia, że zawsze chciałoby się więcej, lepiej, a jak raz na jakiś czas się nie uda, to to przyćmiewa wszystkie sukcesy. Wielu rzeczy żałuję, często myślę, że mogłam lepiej wykorzystać czas na pierwszym stopniu studiów, uczestniczyć w konkursach, wyjechać na Erasmusa… Wszyscy mówią, że 5 lat studiów to tak dużo, a mi się to przelało pomiędzy palcami. Tzn zostało mi jeszcze półtora roku, ale pewnie dwa razy mrugnę i już będzie po wszystkim.

  • Dominika

    Jutro podchodzę do drugiej poprawki, chociaż byłam bardzo pewna siebie jak wyszłam z tej pierwszej, że dobrze mi poszło, a kiedy zobaczyłam wyniki łzy stanęły mi w oczach bo bardzo się starałam, a nie wyszło. Trzymaj jutro mocno kciuki