W co wierzę? Moja filozofia życia w 3 punktach.

 

 

Za napisanie tego wpisu zabierałam się naprawdę bardzo, ale to bardzo długo. Nie chciałabym tym tekstem nikogo urazić, szanuję wszystkie religie i uważam, że każdy z nas ma wolny wybór. Chcę jedynie opowiedzieć o tym, w co ja wierzę. Jeżeli ten wpis miałby na kogoś wpłynąć, to jedynie w taki sposób, by otworzył oczy i pozwolił myśleć bez blokad nałożonych nam przez naszą kulturę, nasze otoczenie, społeczność, ale przecież staram się robić to w wielu tekstach, więc i tutaj nie powinno to być problemem. Wszystko, co napisałam w tym wpisie to tylko moje osobiste poglądy, a nie prawda absolutna, którą chcę Wam przekazać jako tą jedyną.

 

Myśli kreują rzeczywistość.

Możliwe, że zaobserwowaliście już, że bardzo wierzę w potęgę myśli i fakt, że kształtują one naszą rzeczywistość. Nazewnictwo nie ma dla mnie znaczenie, można mówić, że to Prawo Przyciągania i ja zwykle tak robię, a można mówić, że to tylko samospełniające się proroctwo i to też będzie prawdą. Swego czasu miałam pogląd, że to Bóg (ale nie ten konkretny chrześcijański, tylko po prostu istota wyższa) stworzył Prawo Przyciągania, żeby ułatwić sobie spełnianie próśb i modlitw, ale odkąd przestałam postrzegać go jako konkretną, fizyczną postać i zrozumiałam, że „Bóg” jest wszystkim, jest całym życiem, wiedzą i także Prawem Przyciągania przestałam myśleć w ten sposób.

 

Wpływ myśli na otaczającą mnie rzeczywistość dostrzegam każdego dnia bez wyjątku. Widzę go nawet w małych, prostych sprawach. Nie chcę tutaj opowiadać o samym Prawie, bo na to poświęcę jeszcze osobny wpis, ale naprawdę patrząc z boku na moje życie widzę, że to ja sama je tak ukształtowałam. Podając parę luźnych przykładów: odkąd znam Prawo nie zdarzyło mi się jeszcze stać w busie, którym jeżdżę 45-60 minut do Katowic, mimo że słyną one z tłoku. Od roku zaliczam wszystkie kolokwia i egzaminy w pierwszym terminie, chociaż wcale nie uczę się do nich więcej niż wcześniej, a u nas to naprawdę duży wyczyn. ;) Zawsze, gdy jadę w podróż mam ładną pogodę nawet, gdy prognozy mówią inaczej. Naprawdę dużo jest takich przykładów również tych negatywnych, których nie chciałabym utrwalać na piśmie. Zawsze najpierw jest myśl, a potem działanie. Sposób w jaki ocenisz siebie i swoje predyspozycje do wykonywania jakiegoś zajęcia wpłynie na to, jak będziesz je wykonywał. Więcej na ten temat pisałam w tekście: Jaką przeszkodę jeszcze sobie wymyślisz? Nic się nie dzieje, jeżeli wcześniej o tym nie pomyślimy. Jeżeli jesteśmy w pewien sposób do czegoś/kogoś nastawieni, to będziemy wyłapywali tylko to, co potwierdzi nasze myśli i dla nas to coś/ten ktoś faktycznie takim będzie. Tak samo jeśli będziemy wciąż myśleć o czymś, czego bardzo pragniemy, zaczniemy dostrzegać drogi i możliwości, które pomogą nam to osiągnąć. Świat ciągle daje nam nowe szanse, tylko trzeba z nich umieć skorzystać.

 

DSC_0914

 

Wszystko kiedyś wróci.

Nim poznałam Prawo Przyciągania na własnej skórze odczułam, że wszystko, co robimy do nas wraca. Nie nazywam tego karmą, bo nie chcę chwytać się żadnej, konkretnej religii, a co za tym idzie pojęcia ale tak, zdecydowanie jest to dokładnie tym, czym jest karma. Widzę jak wracają do mnie podarowane innym uśmiechy, słowa, gesty. Wracają pieniądze, wraca szczęście i dobry nastrój.  Ostatnio miałam taką ciekawą przygodę.

 

Jechałam na korepetycje autobusem, ale zapomniałam przełożyć do torebki portfela i nie miałam pieniędzy, by kupić bilet. Musiałam wsiąść do tego autobusu bo inaczej nie zdążyłabym dojechać do dzieci. W torebce znalazłam stary bilet, ale z innego związku komunikacji miejskiej. Był niebieski, a miejscowe bilety są różowe. Wsiadłam do autobusu z postanowieniem i obietnicą, że podczas następnej podróży tym autobusem skasuję 2 bilety. Jeden za tą podróż, którą właśnie odbywam, drugi za tą którą będę wtedy odbywać. W autobusie skasowałam skasowany już bilet innego związku komunikacyjnego i szczerze powiem, że zrobiłam to na wszelki wypadek, gdyby kontroler akurat siedział już w autobusie i mnie obserwował. Na górnej części biletu pojawiła się nowa data i godzina. Na dolnej jego części widniała ta stara. Starałam się przyciągnąć brak kontroli, ale jak wiecie przyciągnięcie braku czegoś jest wyjątkowo trudne, bo właściwie to skupiamy się na tym czymś, czego nie chcemy. Wyobrażałam sobie więc, że dojeżdżam spokojnie na miejsce, ale mimo to nie potrafiłam powstrzymać myśli o tym, co powiem, jeżeli wejdzie kontroler. A ten oczywiście się pojawił. Byłam zszokowana, bo był to ostatni przystanek przed moim wyjściem w dodatku na totalnej wsi, gdzie nikomu nigdy nie chciało się dojeżdżać. W myślach wciąż obiecywałam, że następnym razem skasuję te dwa bilety. W tym czasie podeszła do mnie kontrolerka i poprosiła o bilet. Podałam jej ten, który miałam, ona popatrzyła na niego, sprawdziła godzinę i oddała. Oddała mi niebieski bilet i nawet nie zauważyła, że powinien być różowy, że zupełnie inaczej wygląda i że był już wcześniej skasowany! Nie odwróciła go nawet na drugą stronę! Poczułam ulgę, radość i zdziwienie. Właściwie to byłam tak szczęśliwa, że pytanie, które zadała mi po chwili wcale mnie nie wystraszyło, bo byłam pewna, że wszystko będzie dobrze. Kobieta poprosiła o legitymację, niestety została ona w portfelu, więc powiedziałam, że jej nie mam, ona poprosiła tylko, bym następnym razem miała ją przy sobie, bo za jej brak grozi kara wysokości 60 złotych i poszła. Ja wysiadłam na następnym przystanku.

 

W dniu, w którym skasowałam obiecane 2 bilety tego przewoźnika spotkał mnie wyjątkowo szczęśliwy „przypadek”. Będąc już w Krakowie wrzuciłam pięciozłotówkę do automatu biletowego, a ona utknęła w środku, tak że zablokowała możliwość wrzucenia innych monet. Zadzwoniłam na infolinię i podczas mojej rozmowy nagle serwisanci podeszli do automatu. Byłam pozytywnie zaskoczona! Pojawili się akurat w momencie, gdy ich potrzebowałam i nie musiałam składać żadnego podania o zwrot pieniędzy, lecz Ci oddali mi je na miejscu. Ta sytuacja utwierdziłam mnie tylko w mojej wierze, że wszystko do nas wraca.

 

Życie, wieczność, dobro.

W co ja wierzę? Słysząc takie pytanie zastanawiamy się zwykle nad czymś konkretnym, czymś, co można sobie wyobrazić. Czymś jak Bóg, Allah czy latający talerz spaghetti. Niestety tego, w co wierzę nie da się określić jednym imieniem. Wierzę w życie, w energię sprawczą, w tę myśl, która pozwala drzewom rosnąć, gwiazdom świecić, a rzekom płynąć.

Nie wierzę w to, że spośród tylu wyznań tylko jednemu ludowi udało się odkryć prawdę najprawdziwszą i jedyną, oraz że tylko on będzie nagrodzony po śmierci. To takie nasze ludzkie myślenie, że jedni muszą być nagradzani, bo zrobili coś dobrze, a inni karani, bo wybrali źle. To coś po śmierci jest o wiele mądrzejsze od nas i nie bawi się w podziały. Nie powie kilku miliardom ludzi, że muszą iść do piekła, bo nie chodzili w niedzielę do kościoła, albo dlatego, że jedli wieprzowinę.

 

Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. (Mt 7:21)

 

Dla mnie te słowa mówią jasno, że nie ten, kto woła imię Boga, bawi się w obrządki, nie ten, kto co niedzielę chodzi do kościoła, a ten, który po prostu jest dobrym człowiekiem osiągnie szczęście po śmierci. Nie wiem, czy jakiś ksiądz to tak zinterpretuje, ale nie rozumiem, dlaczego tylko interpretacja księdza miałaby być tą właściwą. Dlaczego tylko wąskie grono ludzi może mówić nam, co znaczą konkretne słowa Biblii. Bo ktoś ich wcześniej tego nauczył? A mówiąc o seminarium lepiej byłoby powiedzieć: zaprogramował do takich odpowiedzi. Dlaczego ten ktoś przyznaje sobie prawo do wyłączności na interpretację Biblii?

 

To „coś” po śmierci nie będzie wraz z „tymi dobrymi” patrzeć z góry na grzeszników. Nie będzie szczęśliwe, podobnie jak i żaden dobry człowiek, jeśli będzie wiedział, że gdzieś tam ktoś cierpi, bo zrobił coś głupiego podczas życia. A właściwie podczas bycia dzieckiem. Bo skoro dusza/świadomość (nazewnictwo nieistotne) jest nieśmiertelna, to czy 80 lat nie jest dla niej dzieciństwem przy tych miliardach, które ją czekają? Dlaczego więc karać dziecko za jego błędy?

 

W filmiku poniżej zabawna wizja piekła jako poradni psychologicznej, a raczej kompleksu resocjalizacyjnego. I to ma sens! Oczywiście jest też pewien grzech, którego się nie wybacza. ;)

 

Chcę przez to powiedzieć, że nie jest dla mnie ważne jakiego wyznania jesteś, ważne byś był dobrym człowiekiem. A nawet jeśli taki nie jesteś, to nie wierzę, że z tego powodu czeka Cię cierpienie.  Wydaje mi się, że po śmierci może nie nastąpić żaden podział na ludzi złych i dobrych. Po prostu będziemy. Nie widzę też konkretnego miejsca pobytu, nie wyobrażam sobie dusz o fizycznym wyglądzie człowieka. Dla mnie nie ma takiego miejsca do którego się udajemy, a zarazem jest ono wszędzie i w każdym czasie. To znaczy nasze ludzkie tysiąc lat temu i nasze ludzkie za tysiąc lat. Podejrzewam też ewentualną reinkarnację, jako sposób na ludzi, którzy zbłądzili podczas życia, ale nie musi ona wcale odbyć się w obrębie naszej planety. Rachunek prawdopodobieństwa dowodzi temu, że gdzieś, na innych planetach musi istnieć życie, więc możemy odrodzić się na zupełnie innej planecie, a nawet w innym wymiarze. (Polecam zobaczyć ten filmik pod spodem.)

 

Możliwe, że to te fizyczne życie w ciele jest największym z cierpień dla naszej świadomości i to ono jest naszym „piekłem”. Na pewno nie chodzi o to, by ten czas na poprawienie się trwał wiecznie, dlatego ciało umiera. Po uświadomieniu sobie tego naprawdę przestałam bać się śmierci. To znaczy przestałam bać się faktu, że kiedyś muszę umrzeć, ale nie chodzi o to, że nie przeszkadzałoby mi, gdybym miała umrzeć za rok. Jestem przyzwyczajona do mojego życia, tu na ziemi, nie wiem jak to jest po śmierci, więc oczywiście nie chciałabym umierać. ;)

 

Wierzę, że po śmierci wszystkiego się dowiadujemy. Dlaczego wszechświat istnieje, jak funkcjonuje, jaką ma ostateczną postać. Wierzę też, że możemy więcej, że ciała ogromnie nas zniewalają, a dla duszy wszystko jest możliwe i osiągalne. Wierzę, że świat jest dobry, dlatego nikogo po śmierci nie spotka wieczne cierpienie. Świat jest perfekcyjnie dobry, bo w tym chaosie planet, gwiazd, konstelacji wszystkie te powiązania funkcjonują perfekcyjnie, jak w szwajcarskim zegarku. Wszystko jest ze sobą doskonale zgrane, świat mikroorganizmów na ziemi jaki i zależności pomiędzy olbrzymimi planetami poza nią. Wszystko dąży do doskonałości, wzrostu, rozwoju.

 

Jak widzicie moja filozofia życia jest dość prosta i kręci się wokół dobra. Po prostu, jeśli jesteśmy dobrzy wszystko jest w porządku. Dla mnie tylko poprzez bycie dobrym człowiekiem można być szczęśliwym człowiekiem. Tylko ludzie, którzy pomagają innym, są mili, pozytywni, kulturalni, tylko oni mogą być szczęśliwi, również po śmierci. Ci, którzy krzywdzą innych muszą jeszcze nauczyć się jak być szczęśliwym, czyli jak być dobrym, ale na pewno nie mają cierpieć. Bo ten, kto jest dobry, nie chce, by inny cierpiał.

 

Na pewno o czymś zapomniałam, na pewno za miesiąc, dwa napisałabym ten wpis nieco inaczej, podobnie jak napisałabym go inaczej parę miesięcy wcześniej. Moja „wiara” wciąż ewoluuje. Nie mam tu na myśli tego, że zmieniam zasady funkcjonowania świata, które sobie ustaliłam, ale wciąż odnajduję nowe ulepszenia do nich, które pokazują mi tylko, że to w co wierzę ma sens i tworzy całość. Te trzy punkty w mojej filozofii życia są ze sobą ściśle powiązane i wzajemnie się tłumaczą. Chętnie posłucham o Waszym podejściu do życia, może w jakiś sposób uzupełni ono moje przekonania, może otworzy mi oczy na coś nowego. Jestem też bardzo, ale to bardzo ciekawa, ile osób ma podobną filozofię życia do mojej. ;)

Do następnego czytania!

Ania
Follow

  • niewazne

    Myślę praktycznie tak samo jak Ty.
    Szkoda ze w realnym życiu nie spotyka się podobnie myslacych ludzi. Zwykle jak zahaczam o temat filozofii życia czy ogólnie wiary, to ludzie patrzą jak na głupiego ze nie wierze w jedyne słuszne katolickie Prawdy. Ewentualnie dobry znajomy w ramach żartu nazwie mnie A bo ty to bezbożnik jesteś.
    Ja myślę ze ci co np zabili drugiego człowieka ale nie tylko lub sprawiali mu cierpienie to beda musieli przejść przez życie jeszcze raz. Doświadczając tego co zrobili kiedyś.

  • Pingback: Jak mam uczyć się języka, którego nie lubię? - Blog studencki()

  • Pingback: O tym, jak mocno się wkurzyłam, a potem pozbyłam się guzka w piersi. - Blue Kangaroo()

  • Jeśli w przeciągu miesiąca przyciągniesz do siebie kwotę 1000 zł ot tak, z dupy, to uwierzę. Czas START! ;)

    • Problem w tym, że nie czuję, żebym potrzebowała taką kwotę. Nie dam rady tego zrobić, bo po prostu tego nie potrzebuję i nie czuję tego. Ale zajrzyj sobie w moją zakładkę podróże. Jestem studentką, a zawsze mam pieniądze na to, czego pragnę. To jest sens równowagi w życiu. Mieć tyle, ile potrzebujesz.

  • Karola Pałgan

    Tekst jest bardzo osobisty więc jako takiego oceniać go nie chcę. Zwłaszcza, że jest mądry i wyważony. Ale jeden element sprawił, że się tak troszkę złośliwie uśmiechnnęłam. Skoro żadna religia nie ma racji (albo może każda go ma, zależy jak na to spojrzeć) to dlaczego właściwie odwołujesz się akurat do Biblii? To tylko książka i generalnie ktoś ją napisał w jednym celu: żeby zebrać swoje religijne racje w jednym miejscu. Więc akurat uzasadnienie swojej życiowej wiary cytatem z Biblii jest w kontekście całego wpisu trochę zabawne. Z drugiej strony w pewnym sensie mogę je zrozumieć – żyjemy na takiej specyficznej szerokości geograficznej, że czy chcemy czy nie to właśnie ta konkretna „objawiona” książka jest nam wtłaczana do głów przy każdej okazji.

    • Nie, nie. ;) Właśnie dlatego, że czytają to osoby z tego obszaru geograficznego. By pokazać, jakby na ich przykładzie, o co tak naprawdę moim zdaniem w życiu chodzi. A co do Biblii, to uważam, że to wspaniała księga i już chyba od roku planuję, że kiedyś ją przeczytam w całości, ale wiecznie mam jakieś inne, krótsze książki do przeczytania. Nie skreślam żadnej świętej księgi, bo w każdej znajduję coś z mojego myślenia. Nie wiem, czy czytałaś „Sekret”lub „Potęgę Podświadomości”, ale tam były cytaty z Biblii, które nawiązywały do Prawa Przyciągania, ale były także cytowane słowa Buddy. ;)

      • Karola Pałgan

        Z „Sekretem” ani „Potęgą podświadomości” nie miałam do tej pory okazji się zapozać.
        I dzięki za odpowiedź, lepiej rozumiem teraz Twój tok myślenia.
        A Biblię czytałam, całą, od deski do deski i ten, no… Generalnie Stary Testament to dla mnie taki religijny, oszołomski bełkot. Nowy Testament wygląda na tym tle znacznie lepiej.

  • Anna S

    Dopiero dzisiaj trafiłam na Twojego bloga i zdecydowanie zostaje na dłużej! Normalnie nie pisze komentarzy i tylko podczytuje teksty ale ten wpis zdecydowanie jest warty skomentowania. Dokładnie w ten sam sposób odbieram Boga i otaczający nas świat! Polecam przeczytanie „Rozmowy z Bogiem” N. D. Walsch. Myślę, że Ci się spodoba ;)

    • Dziękuję za polecenie! Już dodaję książkę na lubimy czytać. ;) Fajnie, że są osoby, które myślą podobnie. :)

  • Wiola Starczewska

    Oczywiście, jeśli o czymś myślisz to się stanie, mimo, że odsuwałaś myśli o kontrolerze, to jednak to była rzecz, która zajmowała twój umysł. Wyłożyłaś się na podstawach z książki „Sekret”:)

    A tak w ogóle to lubię czytać takie wpisy, pokazują one blogera od innej strony, nie tylko jako osobę która radzi co kupić, co robić.

    • Wiem, właśnie wiem, ale powiem Ci, że cieszę się, że tak się stało. To tylko pokazuje, że PP działa. ;)
      Ciekawe jest to, że teksty, które czytelnicy lubią czytać, często są najprzyjemniej pisane. :)

  • Weronika

    Muszę przyznać, że masz niemal identyczne podejście do mojego! :) Do podobnych wniosków doszłam po latach przemyśleń, rozmów, czytania książek, a nawet oglądania niektórych filmów. Mogłabym o tym pisać i pisać, ale na razie się powstrzymam :) Jeśli masz otwarty umysł (a widzę, że masz), to polecam książkę „Ramtha – Biała Księga”. Warto ją przeczytać choćby jako ciekawostkę, skłania do rozmyślań i jest zwyczajnie ładna. Ma w sobie sporo elementów podobnych do Twojej filozofii.
    Mam też jedno pytanie – czy polecasz jakieś książki, które w pewien sposób zmieniły Twoje postrzeganie świata i zainspirowały do takiego podejścia, jakie opisujesz w poście?
    Pozdrawiam! :))

    • Ten proces wyglądał u mnie bardzo podobnie. Był bardzo długotrwały i moje aktualne poglądy wynikają właśnie z różnych przeczytanych książek, przemyśleń, filmów, rozmów a także blogów. Z tych niestandardowych książek gorąco polecam „O religii” Schopenhauera. Byłam bardzo zdziwiona, że sposobało mi się dzieło tego filozofa, nie wiedziałam, że je tak szybko pochłonę. No i „Przewodnik po Matrixie”. To bardzo uświadamiająca i oświecająca książka. Jest dość specyficzna, bo trzeba ją oglądać na bieżąco z różnymi filmikami na YT. Nie wierzę we wszystko, co jest tam napisane, ale wiele filmów i wiele zdań z tej książki otwarło mi oczy. :)

      • Weronika

        Właśnie polecenie Schopenhauera trochę mnie zaskoczyło, ale chętnie przeczytam. Dzięki za odpowiedź :)

        • To dialog między zwolennikiem a przeciwnikiem religii chrześcijańskiej. Niesamowite jest, jak jedna osoba mogła wypowiedzieć się po obu stronach i zrobić to w tak świetny sposób. Dzięki tej książce zrozumiałam, po co powstawały religie, dlaczego były i są potrzebne oraz poznałam też kilka wad religii chrześcijańskiej, których wcześniej nawet sama nie zauważałam. Książka jest chudziuteńka, ale czasami będziesz musiała sprawdzać łacińskie nazwy. Dla mnie to było fajne intelektualne ćwiczenie. :)

  • Jeśli interesuje Cię idea 10 wymiarów, polecam genialną nowelkę „Flatland” :)

  • To chyba Twój najlepszy wpis na tym blogu. Ja mam bardzo podobne podejście do Ciebie (a przynajmniej bardzo staram się mieć), bo Prawo Przyciągania i pozytywne myślenie to coś, co już nie raz wiele mi przyniosło. Kiedy nastawiałam się pozytywnie i zapominałam o negatywnych odczuciach, poprawiłam swoje relacje z ludźmi, udało mi się wynająć wymarzone mieszkanie, chociaż było dziesięciu innych chętnych! Wierzę, że to Prawo ma sens. Fajnie było poczytać te Twoje przemyślenia ;)

    • Dziękuję! Wiem, że u Ciebie się sprawdza, oby jak najwięcej takich pozytywnych sytuacji. :) Uściski!

  • Brawa za ten osobisty wpis! ;* Niewielu by się na to zdecydowało :) Jak najbardziej szanuję :)

  • Fajnie jest wierzyć, że ludzie z natury swej są dobrzy. Wtedy czynienie czegoś dobrego jest takie… oczywiste. Bo jak tu się nie zgodzić z własną naturą? A skrzywdzenie innego człowieka lub zwierzęcia (jedyne znane mi zło, to czyjaś krzywda, nikt mi nie wmówi, że na górze kogoś obchodzi, czy się modlę lub coś odprawiam) jest wbrew poczuciu sprawiedliwości. Dobrych istot nikt nie chce krzywdzić.

    • Pięknym za nadobne odpłacaj – u mnie się sprawdziło. :) Też uważam, że czymś złym jest krzywdzenie innej osoby i nic innego. ;)

  • Osobisty tekst z którym trudno polemizować. Dużo mówi o Tobie jako
    dobrej i wrażliwej istocie :) Swoiste świadectwo życia i tego czym w nim
    się kierujesz. Ale skoro jest także wokół tego co jest mi bliskie
    odpowiem, że nie czuję się „zaprogramowany do takich (a nie innych)
    odpowiedzi” :) Słowo z Biblii dlatego przez niemal 4000 lat (od Starego
    Test.) jest atrakcyjne i wciąż czytane bo (tak mi się wydaje, że) Jego
    Twórca zawarł w Słowie klucz do odczytywania go osobiście. Tak…świat
    jest dobry, ale… nie do końca. Dlatego tak trudno być dobrym pośród
    także i złych. Jezus z Nazaretu, który był dobry spotkał się z ludźmi,
    którzy uważali inaczej – że on jest zły, a oni dobrzy i wykonawcami
    prawa. Nie miał im tego za złe: „Ojcze wybacz im, bo nie wiedzą co
    czynią”. Na drodze duchowej dążymy do tego, żeby coraz lepiej
    poznać Boga. Ale drogą do poznania Boga wcale nie są jakieś
    nadzwyczajne oświecenia. Jezus mówi, że nawet ci, którzy czynili wielkie cuda, czyli właśnie te
    nadzwyczajne rzeczy duchowe, ale którzy równocześnie pełnili nieprawość i
    nie wypełniali woli Chrystusa – nie znają Go i On też ich nie zna,
    ponieważ
    się nie zespolili we wspólnym pragnieniu. Co więcej – sądzę, że to po
    prostu…. MIŁOŚĆ… Jeśli kocham, to chcę być jak najbliżej i jak
    najczęściej z osobą kochaną. Czy tylko przez pójście raz na tydzień do
    kościółka na jedną godzinę pobujać w obłokach? Słabo ta Miłość wtedy
    wygląda… A może jak moi bliscy wierzący ze Wspólnot zaangażować się w
    czynienie dobra? Przecież tak jak pisałaś: nie chodzi o „Panie, Panie”. A
    dobrem może być np. też pamięć w modlitwie – o czym Cię Aniu zapewniam
    :)

    • Masz rację, miłość jest tu chyba słowem – kluczem. :) Co do „zaprogramowania” napisałam tak, bo naczytałam się o tym jak wygląda życie w seminarium i byłam przerażona, dla mnie to wygląda jak programowanie człowieka, ale może nie wszędzie tak jest? Możesz coś na ten temat powiedzieć, albo może masz jakiś tekst na swoim blogu na ten temat?

  • Ania! Fantastyczny tekst! Pożarłam go na raz! Idealnie opisujący mój światopogląd, zwłaszcza w kwestiach religijnych. Nie wiem nawet co mogłabym dopowiedzieć! :*

    • Oo! Super, nie wiedziałam, że mamy aż tak zbliżone poglądy. ;)

  • jeszcze nikt w internecie nie napisał tak trafnie o wierze, która jest jednocześnie podobna do mojego podejścia! świetny tekst, bardzo Ci za niego dziękuję:)

    • :) Fajnie słyszeć, że więcej osób myśli podobnie do mnie. :) Ślę uściski! :)

  • Trochę się zgadzam, ale głównie się nie zgadzam. Tak to jest po mojemu:

    Przede wszystkim wydaje mi się, że zbyt swobodnie traktujesz definicję Prawa Przyciągania. Określenie to, o ile się nie mylę, pochodzi z książki „Sekret” i oznacza ezoteryczną właściwość umysłu, który ma rzekomo wprawiać Wszechświat w wibracje i w bezpośredni i nieograniczony sposób formować rzeczywistość. Nie można stosować tego zamiennie z samospełniającym się proroctwem, które z definicji polega na tym, że nasze oczekiwania z stosunku do do pewnych zdarzeń wpływają na nasze zachowania, które mogą doprowadzić do tych właśnie zdarzeń. I to zjawisko jest dla mnie akceptowalne. Różnica jest subtelna, ale kluczowa. W jednym i drugim wypadku myśli formują rzeczywistość, ale w przypadku PP ma to być wpływ bezpośredni i nieograniczony, a w przypadku samospełniającego się proroctwa pośredni (myśli -> zachowanie -> rzeczywistość) i oczywiście ograniczony. Jak zresztą zauważył polski mentalista, Piotr Deptuch, jeśli myśli faktycznie wpływają w tak wielkim stopniu na rzeczywistość, to dlaczego tylu ludzi codziennie umiera z głodu. Jestem przekonany, że myślą o jedzeniu w stopniu większym, niż jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić, a mimo to tego jedzenia nie przyciągają. Wiarę innych ludzi w PP można moim zdaniem wyjaśnić selektywną percepcją, iluzją grupowania i brakiem znajomości podstaw statystyki.

    Nastawianie się do kogoś/czegoś w jakiś konkretny sposób łączy się z Efektem Pollyanny i również nie ma nic wspólnego z ezoteryką.

    Wiele rzeczy do nas wraca, ale ma to związek z relacjami międzyludzkimi, a nie z magiczną siłą Wszechświata. W dużym skrócie i niemal niewybaczalnym uogólnieniu: jeśli jesteśmy dla kogoś mili, to poprawiamy sobie samopoczucie i inni też są dla nas mili i wtedy mamy jeszcze lepsze samopoczucie, co wpływa na naszą efektywność co poprawia nasze samopoczucie itd.

    Twoje wierzenia chyba da się jednak opisać jednym słowem: pandeizm. Wygoogluj. Ja sam chyba jestem chrześcijańskim deistą.

    Jeśli udało mi się w Tobie zasiać choć ziarno ciekawości/wątpliwości i zaintrygował Cię racjonalny punkt widzenia, to polecam programy Derrena Browna, a zwłaszcza (ze względu na pokrewieństwo temató z tematyką posta) „Mesjasz” i „Wiara”, są dostępne w jutubie. Jeśli obawiasz się, że podkopie to lub nawet zrujnuje Twój światopogląd (co jest uniwersalną obawą prawie wszystkich ludzi), to proponuję pewien eksperyment myślowy, który kiedyś mi pomógł.

    Wyobraź sobie, że bierzesz swoje poglądy i wkładasz je do pudełka. Nikt nie ma zamiaru ich atakować, ale na razie schowaj pudełko w bezpiecznym miejscu i na jakiś czas o nim zapomnij. Otwórz się na nowe informacje i porozmawiajmy. Jeśli uznasz, że nie mam racji, będziesz mogła wyjąc swoje pudełko.

    W zasadzie jakbym się trochę wysilił, to mógłbym z tego komentarza wysmarować osobnego posta, ale mi się nie chce. Pzdr:)

    • W „Sekrecie” jest o tym, że myśl jest wibracją, tak jak wszystko nią jest i chodzi o to, że takie same wibracje się przyciągają. ;) Specjalnie podałam je razem z samospełniającym się proroctwem, bo mi jest naprawdę obojętne, w jaki sposób to się dzieje. Po prostu biorę z wszystkiego, co znam to, co czuję, że jest słuszne.

      Dla mnie tłumaczenie wszystkiego nauką nie jest dobrym pomysłem, szczególnie jeśli chodzi o próbę wytłumaczenia czegoś niedostępnego dla naszych zmysłów, bo jak możemy starać się wytłumaczyć naszymi zmysłami? Naukowiec rozpoczynający badanie ma zwykle na celu wytłumaczyć coś w naukowy sposób i oczywistym jest, że mu się to uda. Ostatnio oglądałam film na temat Nowej Medycyny i bardzo spodobał mi się w nim opis powstawania badań. Było o tym, że np. jeśli naukowiec zbierze 1000 osób chorych na raka i każdej setce ludzi karze nosić inny kolor skarpetek przez jakiś tam okres, to po jego upływie, któryś kolor skarpetek będzie dominował. Np. osób, które nosiły zielone skarpetki zostało najmniej na tym świecie, więc można już napisać, że noszenie zielonych skarpetek pogarsza stan chorego na raka i przyspiesza śmierć. Jest to potwierdzone naukowo! Potem wystarczy jeszcze dodać, że naukowcy pracują jeszcze nad tym zagadnieniem i już mamy gotową teorię. Badania można robić pod siebie, a nawet trudno jest tego uniknąć. Nie uważam badań naukowych za niepodważalną prawdę, bo naukowcy są w stanie zbadać tylko nasz świat, ten ludzki. Nie mają możliwości badania innego świata, bo używają do tego naszych, ludzkich przyrządów, ludzkiego sposobu myślenia i przede wszystkim, tak jak pisałam wcześniej chodzi im o to, żeby coś naukowo udowodnić, więc zawsze to robią.

      Musiałam sobie wygooglować, co to pandeizm, bo już nie pamiętałam. :) Niestety nie pasuje, ponieważ oni uważają, że ta siła nie ingeruje w nasze życie, a ja przecież pisałam, że to robi. :) Nie chcę się utożsamiać z żadnym z wyzwań, z żadną z nazw, bo to strasznie ograniczające i czasem jedna rzecz w danej religii rujnuje mi cały światopogląd, albo też zamyka na coś innego.

      Widzę, że Ty lubisz wszystko nazywać i ja też w sumie lubię to robić, ale po to, by zauważyć „wow, to ludzie to już jakoś nazwali, w sumie to to logiczne i wiedziałam, że tak jest, ale nie wiedziałam, że jest to wyodrębnionym zjawiskiem”. Wydaje mi się, że nie powinno patrzeć się na wszystko tak z osobna. Wszystko jest w jakiś sposób połączone, czyli efekt Pollyanny, samospełniające się proroctwo, karma i PP też, bo to jest jeden świat, ale nie kilka różnych. A filmy tak, bardzo chętnie zobaczę i to już na dniach. ;)

      • To, co piszesz o nauce, jest niedorzeczne. Nie wiem, kto robił film, który oglądałaś, ale dla mnie oczywiste jest, że nie miał on zielonego pojęcia o metodzie naukowej, bo to nie w taki sposób działa. Metodologia, którą opisałaś spełnia najwyżej (i to ledwie) warunki paranauki, ale na pewno nie zostałaby zaakceptowane w środowisku naukowym. Po pierwsze: badania naukowe kosztują, a nie ma żadnych podstaw, żeby zacząć je przeprowadzać, ponieważ nie ma żadnego roboczego wyjaśnienia wpływu koloru skarpet na raka. Po drugie: za mała próba. Po trzecie: nie ma grupy kontrolnej, a więc nie jest spełniona zasada ślepej próby (nie mówiąc już o podwójnie ślepej próbie, która byłaby wskazana przy tego typu badaniach). Po trzecie: badanie nie zostało wielokrotnie powtórzone przez inne ośrodki naukowe, co najważniejszym elementem metody naukowej. Elementów jest więcej, ale te w sposób oczywisty dotyczą przytoczonego przez Ciebie przykładu. Kompletną bzdurą już jest, że naukowcy zawsze udowadniają to, co chcą udowodnić. Faktycznie dość często zdarza się, że dany naukowiec uważa, że czegoś dowiódł, bo pasuje to do jego teorii, ale po to inni naukowcy powtarzają badania w swoich warunkach i po to są publicznie udostępniane raporty z badań, żeby wyeliminować takie sytuacje.

        Nie napisałem, że nauka powinna tłumaczyć wszystko, bo tłumaczyć wszystkiego nie może. Nauka z samej swojej natury może tłumaczyć tylko rzeczy weryfikowalne (chociaż dzisiaj stosuje się lepsze kryterium: falsyfikowalność). Ale jak najbardziej może tłumaczyć PP, ponieważ ludzie doświadczają efektów swoich myśli. I metoda naukowa obaliła ezoteryczną interpretację działania PP dzięki wieloletniej analizie wielu badań.

        Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc o patrzeniu na wszystkiego z osobna. Przywiązuję wielką wagę do definicji, ponieważ określenia, które podałaś, zawierają w sobie różne wyjaśnienia na różne zjawiska. Efekt Pollyanny jest naukowym wyjaśnieniem tendencji, która sprawia, że optymiści są szczęśliwszymi ludźmi od pesymistów. Samospełniające się proroctwo mówi o tym, że czasami to właśnie nasze działania powodują spełnienie się jakichś oczekiwań, mimo że to właśnie na skutek tych oczekiwań podjęliśmy te działania. Karma oznacza wyższą sprawiedliwość w szerszej filozofii, według której dobro do nas wraca. PP już wyjaśniliśmy. Nie ma problemu z tym, że ktoś chce patrzeć na to szerzej i szukać sposobów, jak to wszystko się łączy, ale przedtem musimy każde zjawisko dokładnie poznać z osobna.

        Nazywanie rzeczy jest ważne, ponieważ dzięki temu możemy się łatwiej komunikować. Ale w tym celu musimy rozumieć nazewnictwo w taki sam sposób. Takie semantyczne niechlujstwo typu „rozumcie to sobie jak chcecie” albo „nazywajcie to sobie jak chcecie” tę komunikację utrudnia, prowadzi do nieporozumień. Szczególnie ważne jest to w tego typu tematach, ponieważ Prawo Przyciągania przyczyniło się do śmierci ludzi. Są przypadki osób, które pod wpływem lektury „Sekretu” np. nie leczyły raka, bo wierzyły, że wyleczą się dzięki PP. Jedna kobieta była nawet u Ophry (świadomie odrzucając leczenie raka) i na antenie prosiła ludzi o wysyłanie swoich pozytywnych myśli. Umarła.

        Dlatego PP zawsze szczególnie mnie porusza, bo to nie jest to samo co samospełniające się proroctwo. To drugie jest dla mnie nie tylko akceptowalnym, ale i oczywistym wyjaśnieniem niektórych zjawisk, i każdy, kto je zrozumie, zrozumie też jego ograniczenia i nie będzie podejmować takich głupich decyzji. PP natomiast tępię, bo a) nie ma żadnych solidnych przesłanek przemawiających za jego prawdziwością b) jest szkodliwe i w skrajnych przypadkach prowadzi do śmierci ludzi, którzy w nie uwierzyli.

        :)

  • Też jakiś czas temu popełniłam nieco podobny tekst. Nie chcę wyznawać żadnej religii, nie mam ochoty nazywać tej siły, która wszystkim kieruje – prawo przyciągania, karma – jakkolwiek. Wiem tylko, że to w świecie jest, czuję to „w powietrzu”, akceptuję poczucie, że istnieje coś silniejszego od nas i staram się z tego korzystać w dobrej wierze i w dobry sposób :) Wychodzi różnie, ale staram się. Chyba wszystko tak naprawdę zależne jest od naszego nastawienia i energii, jaką emanujemy. Coraz częściej się o tym przekonuję na własnej skórze!

    • Zawsze mi się wydawało, że blogi czytają i piszą osoby do siebie podobne i widzę, że to ma sens. ;p

  • Super, że odważyłaś się napisać tak „osobisty” tekst. Ja również wierzę w prawo przyciągania. Wiele razy zdarzyło mi się, że dobre uczynki przyciągały do mnie dobre rzeczy, a moje myśli kierowały moim życiem. Piszę to w czasie przeszłym, bo niestety nie jest łatwo utrzymywać ciągle dobry nastrój i myśleć pozytywnie. Miałam taki czas kiedy dosłownie każdą sekundę tłumaczyłam czymś co zrobiłam w przeszłości. Usprawiedliwiałam wszystkie złe rzeczy, które mnie spotykały i „tworzyłam” to co chciałam w danym momencie osiągnąć. Bardzo chciałabym do tego wrócić, ale czuję się taka „pusta” i pozbawiona motywacji. Wiem, że to może nie mieć sensu, ale mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi i możesz mi coś doradzić.
    Pozdrawiam!

    • Masz rację, mi też się zdarza wypaść z rytmu, a potem tylko pogrążać w tym stanie. Staram się wtedy jak najszybciej wrócić do wcześniejszego sposobu myślenia. Co wtedy robię? Odświeżam książki, które mnie zainspirowały, spotykam się z ludźmi, którzy mnie inspirują, planuję moją przyszłość, albo po prostu gdzieś wyjeżdżam, ponieważ podróże napawają mnie pozytywną energią. :) Fajnie jest też porozmawiać ze sobą. Np. przeprowadzić rozmowę zapisując ją na kartce. Dlaczego się tak źle czuję? Bo to i to. Jak mogę rozwiązać ten problem i poczuć się znowu dobrze? Tak i tak. Ok to działam! Mniej więcej na tej zasadzie to u mnie funkcjonuje.Próbowałaś tak już? :)

  • Według mnie masz ciekawe podejście, a przy tym hm.. mądre (oczywiście to moje zdanie, żeby nikogo nie urazić :)). Z 1 i 2 punktem w 100% się zgadzam, a 3 na pewno dał mi do myślenia. Czekam na Twój wpis o Prawie Przyciągania ;)

  • Brzeska

    Wpasowałaś się tym tekstem w obecny moment nauki do licencji. Osobiście zawsze podchodziłam do życia, że jeśli ktoś ma jakiś jasno wytyczony cel i do niego dąży to go osiągnie. A siła myśli jest ogromna – nie wiem, cyz podchodzę stricte do tego jak Ty, ale choćby zauważając drobne sprawy, zły dzień może nagle stać się dobrym dniem

    • Mało jest osób o dokładnie takich samych poglądach, zawsze się coś u nas różni. :) Dzisiaj miałam właśnie tak jak piszesz. Brzydka pogoda, deszcz i wgl nie chciało mi się wstawać. Pomyślałam tylko tym, że jadę dziś na Let me out i wyskoczyłam z łóżka, bo poczułam ekscytację. :)